Potrzebujemy sądu, który służy obywatelom, który ich dostrzega, szanuje, stara się zrozumieć, który umie z nimi rozmawiać i nie tylko wydawać wyroki, ale też pokazywać, że wymierzona została rzeczywiście sprawiedliwość.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
Trzynaście lat temu podróżowałem po Afryce. Był to już czas telefonów komórkowych, ale nie było zasięgu lub ceny połączeń odstraszały. Podobnie z internetem. Dotarły do mnie jednak dwie ważne informacje ze świata – o strasznym zamachu na podróżnych w Madrycie i zabójstwie twórcy Hamasu. O Polsce nic. Kiedy wsiadłem do taksówki na lotnisku w Warszawie, zapytałem kierowcę, co wydarzyło się w ciągu miesiąca mojej nieobecności. Był dobrze poinformowany, wśród licznych wiadomości pojawiły się te o nowym przewodniczącym Episkopatu, rozpadzie SLD i zapowiedzi premiera podania rządu do dymisji. Prawdę mówiąc, myślałem, że żartuje: tyle, i to niespodziewanych wydarzeń. Wyjeżdża człowiek na zasłużony urlop i właściwie nie wie, do jakiego świata wróci...
Szok
Dziś prawie się nie zdarza, żeby nawet podczas dalekiej podróży nie mieć kontaktu z ojczyzną. A jednak idę o zakład, że niejedna osoba niezbyt zainteresowana sferą publiczną i wypoczywająca gdzieś z dala od ludzi mogła się dowiedzieć po całkiem krótkiej, nawet tygodniowej nieobecności, że nie ma już Sądu Najwyższego. Ja sam tym razem dokładnie śledziłem rozwój wypadków, będąc, a jakże, na urlopie i tłumacząc trójce małych dzieci, dlaczego rodzice ślęczą przed telewizorem w dzień i noc (bo tak działa nasz parlament), a tata choć na wakacjach, to jakby w pracy.
12 lipca – to były naprawdę gorące godziny. Najpierw uchwalono ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i ustroju sądów powszechnych (uzależniające KRS od polityków i zwiększające władzę ministra w sądach). I jeszcze tego samego dnia niespodzianka (choć posłanka Krystyna Pawłowicz kilka tygodni wcześniej to zapowiadała) – projekt ustawy o SN. Został udostępniony na stronie Sejmu o godz. 23.30. Dzięki internetowi czytałem go już po 5 minutach i jeszcze przed północą zdążyłem się podzielić z innymi – którzy też czytali po nocy i w emocjach – pierwszymi wrażeniami. Najpierw artykuł 87 ze strony 74, z którego wynikało, że sędziowie sądu tracą urzędy, a nowy sąd mebluje minister sprawiedliwości. Że nowych sędziów będzie – symboliczna dla Polaków mickiewiczowska liczba – czterdzieści i cztery. Przypomniałem też sobie, ileż było rozmów subtelnych intelektualistów, znających wszak konstytucyjne ograniczenia, w jaki sposób PiS będzie „przejmował” Sąd Najwyższy, jak będzie grał wiekiem emerytalnym, skracał prezesom kadencję itp. Studiowaliśmy kazus węgierski. Niepotrzebnie. To dla partii rządzącej takie proste. Wszyscy sędziowie najwyższego w państwie sądu „na bruk” (poza wybrańcami ministra). Ustawę, jak wiemy, Sejm uchwalił po tygodniu, a już 22 lipca przyklepał ją Senat. W tempie pendolino – jak to elegancko ujął prezes SN sędzia Stanisław Zabłocki w wystąpieniu przed izbą wyższą. Muszę przyznać, że to były wstrząsające dni. Jeśli można w tydzień de facto zlikwidować Sąd Najwyższy, to znaczy, że można wszystko, można zlikwidować bez dyskusji każdą instytucję państwową, konstytucyjną czy nie, zastępując ją nową i instalując w niej nowe kadry.
Niedowierzanie
Projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, dodatkowo w połączeniu z uchwalonymi ustawami o KRS i o sądach, to doprawdy kamień milowy dokonującej się rewolucji. A kolejne lipcowe dni to, jak napisałem wtedy w portalu społecznościowym, najsmutniejsze dni mojego życia: „Na naszych oczach upadają rządy prawa. Budowane wysiłkiem wielu ludzi przez wiele lat. Cyniczni, zaślepieni, ogłupiali posłowie PiS nie zdają sobie w części sprawy co podpisują i za czym głosują. Ale to ich rzecz jasna nie tłumaczy, ponoszą odpowiedzialność. [...] Żal mi Polski, żal mi moich dzieci, żal mi siebie i dwudziestu paru lat mojej pracy. Żal mi wysiłku pokolenia moich rodziców, którzy przeciwstawiali się PRL-owi i walczyli o włączenie nas do grupy państw przewidywalnych, opartych na europejskich wartościach”. Brzmi może nieco histerycznie, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, kiedy wiemy, że prezydent ustawy o SN i KRS zawetował. Ale dokładnie tak myślałem i nadal myślę. I wciąż mam oczywiste obawy.
Żyjemy w dobie fałszywych wiadomości, ale i słów kluczy, których powtarzanie, wprzęgnięte w propagandę, ma tworzyć klimat dla rewolucji – sędziowie to „kasta”, opozycja jest „totalna”, a atak i zniszczenie konstytucyjnych instytucji jest „reformą”. A jeśli reformą, tak potrzebną i „wyczekiwaną” przez naród od 27 lat, to każdy, kto protestuje przeciwko czy to skróceniu kadencji członków KRS, czy likwidacji Sądu Najwyższego, jaki znamy, jest wrogiem reformy (do niechlubnej historii polskiego dziennikarstwa zapewne przejdzie pasek w TVP Info: „Obrońcy pedofilów i alimenciarzy twarzami oporu przeciwko reformie sądownictwa” – naprawdę nie wierzyłem, dopóki nie zobaczyłem na własne oczy). Dobry rząd chce zatem „zreformować” Sąd Najwyższy – sędziów wyrzucić, nowych powołać, a każdy, kto staje na drodze, to obrońca komunistów, układów, zdrajca i wróg suwerena. Ciekawie skądinąd rozumianego, bo przecież zgodnie z preambułą do konstytucji suweren to „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, którzy – dodajmy – przyjęli konstytucję w referendum, a nie tylko dana większość sejmowa.
Pomysł, by zlikwidować Sąd Najwyższy w tydzień – bez uprzedzenia, bez debaty, bez konsultacji; by w miejsce wyrzucanych sędziów, powoływanych na przestrzeni lat przez KRS i prezydentów Rzeczypospolitej, obsadzić sąd nominatami ministra sprawiedliwości będącego jednocześnie prokuratorem generalnym, jest tak niewiarygodny i niedorzeczny, że rzeczywiście zszokował nie tylko nas, ale i cały świat. W ciągu kilku dni przedstawiono dziesiątki apeli, oświadczeń, listów, protestów. I to płynących nie tylko z „tradycyjnych źródeł”, jak kręgi prawnicze, naukowe, uniwersyteckie, organizacje obywatelskie, Komisja Europejska i Parlament Europejski, organy Rady Europy, w tym komisarz RE do spraw praw człowieka, międzynarodowe organizacje sędziowskie. Odezwali się także na przykład nasi sąsiedzi Czesi – oświadczenie z 24 lipca zatytułowane „Nie możemy milczeć” podpisali najwyżsi przedstawiciele czeskiego wymiaru sprawiedliwości (patrz ramka).
Dla mnie osobiście udawanie, że mamy do czynienia z poselskim, a nie rządowym, projektem ustawy oraz tempo prac jedynie udających rzetelny i kompletny proces parlamentarny, obnażyło – gdyby ktoś miał wątpliwości – prawdziwe intencje autorów. Oczywiście nie o reformę chodzi – choć niektóre rozwiązania są warte dyskusji, a zmiany oczywiście potrzebne – ale o pozbycie się elity polskich sędziów i obsadzenie sądu partyjnymi nominatami (w dodatku, przez obniżenie wymaganych kwalifikacji do 10 lat uprawiania każdego z zawodów prawniczych, spośród znacznie zwiększonej grupy potencjalnych kandydatów). I doprawdy nie widzę nic zdrożnego czy nieuczciwego w przedstawianiu także innych potencjalnych powodów tego ruchu – w obliczu nieobliczalnego zachowania rządzących takie dywagacje są uzasadnione.
A zatem mogło chodzić o wszystkie razem lub któryś z następujących powodów: przejęcie sądu po to, by w ramach kontroli kasacyjnej kontrolować wyroki we wszystkich kasacyjnych sprawach, w tym „politycznych” czy takich, gdzie sądy stosują bezpośrednio konstytucję (bo np. nie widzą sensu w formułowaniu pytania prawnego do ubezwłasnowolnionego TK); przejęcie sądu z powodu obawy przed wyrokami, jakie zapaść miały w sprawach związanych z ministrem Mariuszem Kamińskim (skazanym przez sąd, a ułaskawionym przez prezydenta), oraz z sędzią Julią Przyłębską i jej prawem do reprezentowania Trybunału Konstytucyjnego; przejęcie związane z kompetencją rozpoznawania przez SN protestów wyborczych, w tym do Parlamentu Europejskiego, oraz stwierdzania ważności wyborów do Sejmu, Senatu i wyboru prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, a także stwierdzaniem ważności referendów; zmianą pierwszego prezesa SN, który jest jednocześnie przewodniczącym Trybunału Stanu; i wreszcie stworzeniem instytucji (izba dyscyplinarna) do pozbawiania urzędu (lub samego zastraszania) niepokornych sędziów.
Zryw
Reforma, jak ją nazywają rządzący, ma „przywrócić sądy Polakom”. Tych jednak o zdanie nie zapytano, projekt był zaskoczeniem dla wszystkich, w tym samego Sądu Najwyższego czy prezydenta. Nie odbyły się żadne konsultacje, a proces legislacyjny był farsą, choć z pomnikowymi wystąpieniami na przykład podczas debaty w Senacie takich osób jak wspomniany już sędzia Zabłocki czy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar. Zachęcam, by do tych wypowiedzi sięgać (są tylko w formie nagrań, może ktoś je jednak spisze, bo warto), bo to prawdziwa lekcja kultury, wiedzy, troski o stan wymiaru sprawiedliwości i realizację tego, co najważniejsze – prawa obywateli do sądu.
Stała się jednak rzecz niezwykła, przemówili także obywatele. Niewiele osób w to wierzyło. Trwający latami brak dobrej komunikacji sądów i sędziów ze społeczeństwem plus miesiące trwającej nagonki, a także wcześniejsze nielegalne przejęcie Trybunału Konstytucyjnego nie dawały nadziei na poważne protesty. Ja sam uważałem i namawiałem do tego, by to sędziowie czy prezydium Sądu Najwyższego, w obliczu sytuacji bez precedensu, zamachu na konstytucyjny ustrój państwa, zwrócili się do obywateli z prośbą o obronę sądu. Tak się nie stało, jednak wspólna inicjatywa Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” oraz Akcji Demokracja, wezwanie obywateli do niepartyjnego, obywatelskiego, godnego protestu w obronie niezależności sądów przyniosła owoce. Zdjęcia tysięcy ludzi tworzących łańcuch światła, protestujących na placach i przed sądami w setkach miast, przejdą do historii światowego sądownictwa.
I choć ustawa przeszła przez parlament jak burza (w dodatku z oczywiście sprzecznymi przepisami, choć nie dla wiceministra Marcina Warchoła, który kompromitując się, twierdził, że nie ma problemu), a lista posłów i senatorów głosujących za likwidacją Sądu Najwyższego pozostanie listą hańby, to jednak prócz masowych demonstracji także w środowiskach sympatyzujących z „dobrą zmianą” zaczęły pojawiać się głosy dostrzegające absurdalność i zagrożenia związane z projektami. Sądownictwo wymaga naprawy – pisał Piotr Zaremba – ale dopiero co wniesiona ustawa o Sądzie Najwyższym to „o jeden most za daleko”. Kazimierz Ujazdowski, do niedawna w obozie rządzących, ostro wypowiedział się o ataku na sądy, nazywając dążenia PiS monopolizacją władzy. Już po wecie, co trzeba docenić, dołączyli następni (choć szkoda, że nie wcześniej) jak premier Jan Olszewski.
Prezydent, uzasadniając weto, odwołał się do słów swojej doradczyni Zofii Romaszewskiej, zasłużonej w walce, w tym w podziemiu, o wolność. Choć miała ona powiedzieć, co przekonało prezydenta, że żyła już w kraju, w którym minister–prokurator generalny był wszechwładny i nie chce powrotu do takiej sytuacji, to jednak zaledwie kilka dni potem stwierdziła w wywiadzie dla PAP, że „Jeżeli to wszyscy, wszystko wytrzymamy, nie wpadniemy w tę idiotyczną histerię, to razem z Ministerstwem Sprawiedliwości wyrzucimy z wymiaru sprawiedliwości to całe towarzystwo, któremu należy się to już od dawna”.
Uchwalenie ustaw i protesty obywatelskie wyzwoliły także dodatkową energię. Pojawiają się różne społeczne inicjatywy związane z wymiarem sprawiedliwości, przybliżaniem go obywatelom i monitorowaniem rozwoju sytuacji. Na stronie „Wolne sądy” (na portalu Facebook) sędziowie, prawnicy, ale i aktorzy czy dziennikarze w krótkich filmach przedstawiających możliwe scenariusze z życia i sali sądowej, tłumaczą, po co nam niezależne od polityków sądy, i ludzkim językiem wyjaśniają meandry systemu prawa. Rzecznik praw obywatelskich, „Obywatelski sędzia roku 2015” Jarosław Gwizdak, który odbywa zgoła tournée po kraju, adwokaci i organizacje obywatelskie spotykali się i rozmawiali z młodzieżą podczas Przystanku Woodstock, odgrywano tam także symulację rozprawy. Organizacje strażnicze, jak Sieć Obywatelska Watchdog Polska, ale i wspólna inicjatywa Wolnych Sądów, serwisu Sonar.Wyborcza.pl, Iustitii oraz biura RPO chcą śledzić zmiany w sądach i przygotowują się do monitorowania wdrażania w życie ustawy o sądach powszechnych – w tym przede wszystkim w oparciu o sygnały spływające z kraju. Do współpracy zapraszają wszystkie zainteresowane osoby. Fundacja Court Watch Polska, która przesłała swoje propozycje prezydentowi, zachęca do podpisywania apelu „Sądy dla obywateli, nie dla polityków!”.
Nadzieja
Czy jest szansa na uchwalenie ustaw, które będą przypominały reformę, a nie polityczny skok na sądy? Jest wielu sceptyków, ale nadzieja umiera ostatnia. Zespół powołany przez prezydenta przygotowuje projekty. Czy będą tylko retuszem ustaw uchwalonych przez Sejm, czy nowym otwarciem, pokaże czas. Choć prace toczą się w zaciszu gabinetów, to jak podały media, koordynuje je prof. Michał Królikowski, który w wypowiedziach dla mediów krytycznie oceniał niektóre rozwiązania przyjętych ustaw, w tym uprawnienia ministra wobec Sądu Najwyższego czy pozbawianie sędziów SN urzędu. Jednak ustawy uchwala parlament, a wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, premier Beaty Szydło czy kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości nie wróżą dobrze – żądają oni zmian radykalnych.
Prezydenckie weta spowodowały nawet zmianę w retoryce, wcześniej mówiono o reformie, losowym przydziale spraw i de facto zwiększaniu niezależności i niezawisłości sędziów. W orędziu premier Szydło przyznała jednak po raz pierwszy wprost, że chodzi o czystkę: „Trzeba wiedzieć, że skuteczne zmiany muszą mieć nie tylko charakter instytucjonalny, ale także zgodnie z naszymi zapowiedziami szeroki charakter personalny. [...] Po pierwsze: muszą odejść ci, którzy odpowiadają za dotychczasowe fatalne praktyki. Którzy uczestniczyli w nich czynnie albo się na nie zgadzali”. A co z prawdziwą reformą, np. tak szumnie zapowiadanym losowym przydziałem spraw? Otóż z informacji sędziów wynika, że systemu do losowego przydziału spraw nie ma! Dopiero będzie. A kiedy? Nie ma pewności...
Narzucone przez rządzących tempo, ciągłe podkreślanie, że reformy trzeba przeprowadzać błyskawicznie, powoduje że nie ma atmosfery rzetelnego namysłu nad zmianami. Prace w Kancelarii Prezydenta są tajne, Iustitia przygotowała w szaleńczym tempie i przekazała głowie państwa swoje projekty, różne środowiska apelują o konsultacje prac i deklarują swoje zaangażowanie. Niedobrze by było, gdyby prezydent, idąc tropem poprzednich autorów, proponował reformy w atmosferze pośpiechu. Warto, by otworzył się na różne głosy, a przynajmniej przed podjęciem decyzji przemyślał je i przedyskutował.
Co do moich propozycji, to formułowałem je zarówno na łamach Prawnika, jak i w innych miejscach wielokrotnie. Wspomnę więc tylko krótko kilka wątków. Reforma nie powinna polegać na uzależnianiu sądów od polityków, a powinna wprowadzać mechanizmy, które pozwolą na rzeczywistą kontrolę nad sądownictwem obywatelom. Pisałem obszernie np. o wypracowanych w tej mierze Standardach Minimalnych Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa dotyczących udziału niesędziów w zarządzaniu sądownictwem – w tym rozumianym jako powoływanie sędziów, postępowania skargowe czy dyscyplinarne. Wzmocnienie postępowań dyscyplinarnych można zapewnić przez udział w orzekaniu ławników i profesjonalizację systemu – zarówno jeśli chodzi o rzeczników dyscyplinarnych, jak i składy orzekające. To nie powinna być dodatkowa, „po godzinach” rola sędziów obciążonych nadmiernie zwykłym orzekaniem, a część ich etatu, tak by mogli się temu należycie poświęcić. Wszelkie procedury powoływania sędziów (zarówno do KRS, jak i do SN, ale dotyczy to wszystkich sędziów) powinny przebiegać w ramach szczegółowo zaplanowanej odpowiednio długiej procedury, która stwarza możliwość dokładnego poznania sylwetek kandydatów oraz udziału obywateli, czy to w komisjach oceniających (przed etapem KRS, bo tutaj skład wynika z konstytucji) podczas wysłuchań kandydatów, czy poprzez przekazywanie dla ciał oceniających opinii, pytań, zastrzeżeń (jeśli są), do których kandydaci powinni się odnieść.
Nasze sądy
I na koniec kilka słów o sędziach. To, co się wydarzyło, powinno być dla nich prawdziwym przebudzeniem. Pisałem na tych łamach wielokrotnie o roli komunikacji pomiędzy sądami, sędziami i obywatelami. To sfera niedoceniana, a kluczowa. Obywatele nie bronią tylko sądów i sędziów, bronią przede wszystkim swych praw obywatelskich, w tym prawa do niezależnego, kompetentnego, bezstronnego i rozliczalnego sądu. Sądu, który służy obywatelom, który ich dostrzega, szanuje, stara się zrozumieć, który umie z nimi rozmawiać i nie tylko wydaje wyroki, ale też pokazuje, demonstruje, że wymierzona została rzeczywiście sprawiedliwość. Sądu, który się przed obywatelem nie chowa, który nie odmawia (co ciągle się zdarza) udostępniania informacji publicznej o swoim działaniu. Sądu, który odważnie broni obywatela, gdy ten jest niesłusznie atakowany czy ograniczany. Jak powiedział podczas jednej z debat w Fundacji Stefana Batorego prof. Marcin Matczak, potrzebujemy rzetelnej i zrozumiałej narracji prawa, potrzebujemy sędziów, którzy porwą tłumy, którzy będą pokazywali i tłumaczyli prawo oraz to, że prawo urzeczywistnia sprawiedliwość. Bo tak jak ludzie nie myślą o prawach fizyki, póki nie wpadną na drzewo autem, tak nie myślą o konstytucji, póki nie rozbiją się na „drzewie konstytucyjnym”. A adwokat Filip Wejman dodał, że aby suweren chciał marznąć w obronie sądów (debata odbyła się w grudniu 2016 r., w czasie ataku na TK), musi mieć świadomość, że broni sędziego Herosa. ⒸⓅ
Nie możemy milczeć. Deklaracja przedstawicieli czeskiego wymiaru sprawiedliwości na temat sytuacji w Polsce, 24 lipca 2017 r.
„[...] Skuteczne przywrócenie [przez Polaków] suwerenności państwowej i ustanowienie po 1989 r. systemu demokratycznego i państwa prawa, były dla nas znaczącą i trwałą inspiracją. W ciągu ostatniego roku byliśmy jednakże świadkami wydarzeń u naszych bliskich sąsiadów, które zagrażają samej istocie zasad, na których opiera się demokratyczne państwo prawne. Po paraliżu Trybunału Konstytucyjnego i podporządkowaniu mediów publicznych rządzącej partii politycznej w ciągu ostatniego roku, obserwujemy obecnie bezprecedensowy atak na niezależność sądownictwa. Uchwalone już ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i o sądach powszechnych, oraz proponowana ustawa o Sądzie Najwyższym, które umożliwiają władzy wykonawczej i prawodawczej całkowite pozbawienie sądownictwa niezależności, zwolnienie niewygodnych sędziów oraz podporządkowanie sądownictwa systemowi politycznemu, stanowią atak na fundamenty demokratycznego państwa prawa. [...]”
Zdjęcia tysięcy ludzi tworzących łańcuch światła, protestujących na placach i przed sądami w setkach miast, przejdą do historii światowego sądownictwa