SN i NSA nie są objęte kontrolą instancyjną. Nie są jednak zwolnione ze staranności argumentacyjnej w wykładaniu swoich racji, tyle że adresatem nie są prawnicy wyższej instancji, lecz inne władze oraz społeczeństwo, wobec którego sądy mają obowiązek umacniania zaufania do treści prawa
Prof. Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku / Media
Reklama

Reklama
Poproszono mnie niedawno o zwięzły komentarz w związku z artykułem o uchwałach SN (P. Słowik, „Sąd Najwyższy w obronie ludzi”, DGP z 28 czerwca 2017 r.). Chodziło o zademonstrowanie znaczenia „dla ludzi” wyspecjalizowanych, niestety bardzo hermetycznych, uchwał Izby Cywilnej rozwiewających wątpliwości zarysowane w orzecznictwie. Powiedziałam króciutko, że „Sąd Najwyższy jest chyba swoim największym wrogiem. Wydaje bowiem wiele bardzo ważnych uchwał, które są istotne dla ludzi. I w ogóle się nimi nie chwali, choć mógłby. Przecież aż by się prosiło, by w każdym przypadku, gdy dana uchwała może pomóc obywatelom w ich codziennych problemach z prawem, SN zwrócił na to uwagę. Prosiłoby się też, by podkreślić w tych komunikatach (i uzasadnieniach też!) znaczenie orzeczeń dla konstytucyjnych praw, wolności i interesów jednostki”. Potem – podając odpowiednio przyporządkowane sygnatury – wyliczyłam: urealnienie konstytucyjnej ochrony prawa do sądu, prywatności, interesów konsumenta. Ponieważ w artykule, który komentowałam, chodziło o to, że Sąd Najwyższy zajmuje się sprawami, które naprawdę są bliskie ludziom, ograniczyłam się do uwagi, że SN nie potrafił do tej pory zadbać o to, by społeczeństwo zdawało sobie z tego sprawę. Teraz jednak chcę wrócić do sprawy, bo kryje się tu więcej problemów, a strzelanie sobie przez SN w stopę staje się sprawą śmiertelnie poważną.
W żadnej z uchwał wskazanych w artykule SN nie odwołał się do konstytucji czy konstytucyjnej hierarchii wartości. Ta wstrzemięźliwość wymaga szerszego komentarza. Uchwały mają ujednolicać rozbieżne orzecznictwo, siłą rzeczy uchwała opowiada się zatem za jednym z istniejących rozwiązań interpretacyjnych. Warianty odrzucane nie są pozbawione wartości argumentacyjnej, tyle że dokonując oceny rozbieżności i decydując się na odrzucenie jednej z linii, SN musi wybierać. Musi mieć do tego narzędzia i preferencje.
Krytykę orzecznictwa sądowego odpiera się często argumentem, że – w sprawach cywilnych – połowa uczestników jest zawsze niezadowolona, bo uwzględniając stanowisko jednej strony, odrzucamy to, które pozostaje w opozycji. I zawsze równo połowa uczestników wychodzi z sądu niezadowolona. Interes deweloperów pozostaje w opozycji do interesów mieszkańców wznoszonych przez nich mieszkań, uchwała o rozszerzonej podmiotowej skuteczności sprzeciwu od nakazu napotka aplauz dłużników – konsumentów i krytykę wierzycieli – profesjonalistów, interesy ubezpieczycieli i ubezpieczonych pozostają ze sobą w diametralnej sprzeczności itd. itp. W przypadku wyboru któreś z linii interpretacji trzeba się wypowiedzieć bardziej lub mniej za interesami któreś grupy uczestników obrotu i przeciw interesom innej.
Otóż istnienie w Konstytucji RP art. 45 (prawo do sądu), 76 (ochrona konsumentów) i 77 (prawo do wynagrodzenia szkody wyrządzonej przez organy publiczne), żeby wskazać najbardziej użyteczne, i potraktowanie ich jeżeli nie jako norm kolizyjnych, to przynajmniej wyznaczniki kolizyjnej strategii, oczywiście ułatwiłoby SN życie i wspomogło argumentację przy wydawaniu uchwał, uwalniając ją od zarzutu nadmiaru formalizmu i prawniczej niezrozumiałej, dowolnie ustalonej doksy. Nie wspomnę już, że pamięć o tych kryteriach wspomagałaby ostrożność przy ekscesywnym braniu za dobrą monetę zręcznych argumentów przygotowanych przez stronę lepiej reprezentowaną profesjonalnie. Twierdzę, że jak to już miało miejsce przy sporach reprywatyzacyjnych (i związanych z nimi indemnizacjach), większa wrażliwość konstytucyjna SN i NSA ustrzegłaby orzecznictwo przed wieloma, dziś widocznymi, błędami.
Konstytucja z 1997 r., wprowadzając w art. 10 mechanizm podziału władz, zadeklarowała, że sądy są trzecią władzą. Zarazem wprowadziła mechanizm upoważniający sądy do krytyki i kontroli pozostałych władz (checks and balance) – czego nie znała konstytucja z 1952 r. Bycie władzą jest oczywiście satysfakcjonujące i przyjemne, tyle że zarazem niesie ze sobą niebezpieczeństwa. Po pierwsze, nikt nie lubi krytyka i recenzenta i każdy stara się go powstrzymać od działania – metodami czasem niemiłymi. Po drugie, władza zobowiązuje. Trafnie dostrzeżono, że skoro mechanizmy demokratyczne są obecnie bardzo skomplikowane, to aby wola wybranych przedstawicieli społeczeństwa mogła być w pełni realizowana, nie wystarcza legitymizacja wynikająca z faktu, iż władza działa na podstawie kompetencji i w ich granicach. Władza musi jednocześnie zabiegać o to, aby ta legitymizacja była powszechnie uznawana. Dla sądów oznacza to, że nie wystarcza wydawanie wyroków ratione imperii. Dbać także należy o uzasadnienie imperio rationis, i to swoiście adresowaną.
Sądy najwyższych instancji nie są objęte kontrolą instancyjną. Nie są jednak zwolnione ze staranności argumentacyjnej poprzez wykładanie swoich racji. Tyle że adresatem nie są prawnicy wyższej instancji (jak to jest w wypadku sądów niższej instancji), lecz inne władze (którym władztwo sądowe nad znaczeniem prawa niekoniecznie odpowiada i które potrafią to sądom okazać) oraz społeczeństwo (wobec którego sądy jako władza mają obowiązki umacniania zaufania do treści prawa). W Trybunale Konstytucyjnym zawisły ostatnie dwa wnioski K 7/17 (z inicjatywy grupy posłów) i 8/18 (z inicjatywy ministra sprawiedliwości/prokuratora generalnego) zmierzające do pozbawienia Sądu Najwyższego (i Naczelnego Sądu Administracyjnego) możliwości wydawania w dotychczasowej postaci uchwał ujednolicających orzecznictwo. Okoliczności, które spowodowały pospieszne wystąpienie z tymi przypominającymi wylewanie dziecka z kąpielą wnioskami, potwierdzają jego emulacyjną i represyjną genezę. Bo oficjalny motyw (niedookreśloność przepisów procedury wskazujących, kiedy można wystąpić o wydanie uchwały) jest tylko pretekstem. Wprawdzie konstytucja deklaruje, że wyroki wydawane w imieniu Rzeczypospolitej zobowiązują do powszechnego uznawania i poszanowania, jednakże, jak wskazują fakty, inne władze niekoniecznie zawsze chcą takie deklaracje honorować. Sądy zatem okazałyby roztropność, przywiązując – także we własnym interesie – większą wagę do działania imperio rationis constitutionalis. Trudniej byłoby wtedy używać argumentów np. o uzurpacji kompetencyjnej czy dowolności aksjologicznej w wypadku dania pierwszeństwa pewnym liniom orzeczniczym czy interesom.
Z kolei działanie imperio rationis mające umacniać zaufanie do prawa wobec szerokich kręgów społecznych zakłada komunikatywność języka, wykazanie dbałości o zrozumienie interesów społecznych, których dotyka orzecznictwo najwyższych sądów (np. rażącym uchybieniem przy kwestiach reprywatyzacji było dokonywane w majestacie prawa pozbawianie lokatorów zwracanych nieruchomości udziału w sporach reprywatyzacyjnych), przekonanie „przegrywającego”, że jego punkt widzenia był jednak brany pod uwagę i odniesienie się do kwestii proporcjonalności jako kryterium ważenia spornych i sprzecznych interesów. Francuski socjolog Pierre Rosanvallon, pisząc o współczesnych postaciach legitymizacji, wskazuje na legitymizację poprzez bliskość: okazanie zrozumienia i „poważnej uważności” nawet wobec tych interesów, które ostatecznie nie będą uwzględnione.
Przyznam, że nie wiem, dlaczego nie ma zwyczaju zwoływania w SN i NSA po każdej uchwale zmierzającej do ujednolicenia rozbieżnego orzecznictwa konferencji prasowych, na których przedstawiono by racje obu linii i zgodne z konstytucyjną aksjologią argumenty przemawiające za obranym rozwiązaniem oraz dylematy proporcjonalnego ważenia interesów. To dopiero byłoby wykonanie funkcji działania imperio rationis w celu pogłębienia zaufania do spójności prawa i ubiegania się o demokratyczną legitymizację trzeciej władzy. Nie ma to nic wspólnego z gwiazdorzeniem czy szukaniem taniego poklasku – to trudna praca popularyzatorska i uczenie – także siebie, metodą prób i błędów – tego, co znaczy konstytucja w i dla systemu prawa. Brak tego rodzaju działań legitymizacyjnych jest kontrproduktywny z punktu widzenia judykatywy. Jest to dotkliwie widoczne zwłaszcza obecnie, gdy trwale chyba ograniczono skoncentrowaną kontrolę konstytucyjności i gdy oczekuje się (i wiąże nadzieję) z rozproszoną judicial review. A ta ostatnia niejedno ma imię. I trzeba wiedzieć, umieć i chcieć użyć wariantu odpowiedniego w odpowiedniej sytuacji. Natomiast wyrzekanie się po temu okazji przez agnostycyzm konstytucyjny powoduje nie tylko braki legitymizacyjne, lecz także wytrącenie użytecznego narzędzia tempore może nie tyle belli, ile w każdym razie necessitatis.
Szkodliwie oddziałujący na społeczną legitymizację brak uważności argumentacyjnej ilustruje także inny aktualny przykład, gdy SN najzupełniej niepotrzebnie uciekł się do argumentacji zbędnej z punktu widzenia perswazyjnego, a niesłychanie drażniącej społecznie. Mianowicie wydano serię orzeczeń (Izba Pracy, Ubezpieczeń Społecznych i Spraw Publicznych), których uzasadnienia wzburzyły wiele środowisk inteligencji twórczej. Szło o ozusowanie umów o wykonania produkcji artystycznych. Sąd Najwyższy wiele miejsca poświęcił dywagacjom, czy i na ile produkcja artystyczna, np. wykonanie koncertu, ma znamię twórczości, artyzmu czy też jest prostą repliką, odegraniem tego, co w nutach, albo tego, co pokazuje dyrygent. I przychylił się do drugiego poglądu. Skoro utwór gra się z nut, a koncertem dyryguje dyrygent, to pianista czy śpiewak, nie wspominając o członku orkiestry, jest li tylko odtwórcą i jako taki dzieła nie wykonuje. Skoro tak, to umowa (zlecenie) podlega ozusowaniu. To wywołało (i słusznie) fale urągliwej krytyki pod adresem SN. Tyle że cała sprawa została źle sproblematyzowana w SN (dodajmy, że i w sądach niższej instancji, jednak SN tego nie skorygował).
Wszystko wynikło z tego, że do celów nałożenia składki na ZUS sięgnięto w prawie ubezpieczeń do cywilistycznego podziału na umowy o dzieło i umowy-zlecenia. Ten podział powstał na gruncie prawa cywilnego i nie miał wiele wspólnego z prawem autorskim i dziełem artystycznym chronionym w tym ostatnim dziale prawa. W cywilistyce chodziło o to, że przy umowie o dzieło bez powstania zmaterializowanego rezultatu nie ma wykonania umowy, a zlecenie może się bez tego obyć i będzie wykonane.
Transplantancja między prawem cywilnym i daninowym miała na celu wytyczenie granicy, co się zusuje (zlecenie), a co nie (dzieło). Ekspansja fiskalna od tego momentu działała w kierunku przesuwania linii podziału na rzecz zlecenia (z uszczerbkiem dla dzieła). Państwo bowiem było nastawione fiskalnie, zleceniobiorcy natomiast chcieli przesuwać granice w kierunku wręcz przeciwnym, chcąc mieć mniejsze potrącenia.
Obie tendencje dokonywały się nie bez szwindli argumentacyjnych z obu stron. SN, niestety, nie potrafił tych myślowych manipulacji odrzucić. Nie dość bowiem, że jego orzeczenia nakazują zusować umowy o wykonanie koncertu (mniej pieniędzy dla artysty), lecz jeszcze produkcji artystycznej odmawiają charakteru twórczego (uszczerbek na honorze). Wykonanie artystyczne oczywiście ma w sobie znamiona twórczości – w sensie, jakie temu znaczeniu dają nie tylko intuicje potocznego języka, lecz także prawo ochrony dóbr niematerialnych. SN lekką ręką i myślą pozbawia pianistę czy śpiewaka charakteru twórcy (grają i śpiewają z nut, a dyrygent nimi dyryguje!), podczas gdy wystarczyłoby, gdyby powiedział, że skoro regulując sprawę składek, ustawodawca odwołuje się do pojęć zastanych (w prawie cywilnym), to trzeba to honorować. Zatem skoro cywilistyka wymaga, aby zaliczenie do umowy o dzieło charakteryzowało istnienie rezultatu ucieleśnionego, to gdy brak tego rezultatu, mamy do czynienia ze zleceniem. Możemy to kryterium akceptować dla celów rozliczeń z ZUS albo odrzucić. Nie należy natomiast manipulować przy samym kryterium, odmawiając niewątpliwej twórczości znamienia artyzmu (tak czyni SN), albo – manipulacja w drugą stronę – na siłę dopatrywać się materialnego ucieleśnienia koncertu w drgających cząstkach powietrza w czasie jego trwania. Co innego jednak, gdy utrwali się koncert na nośniku. Wtedy mamy ucieleśniony rezultat, umowę o dzieło i brak ozusowania. Podobnie jest zresztą np. z wykładami.
Mam podstawy przypuszczać, że krytykowana tu przeze mnie interpretacja prawna odmawiająca interpretacji artystycznej znamienia twórczości (bo grano z nut i pod dyrygentem) nie tylko była błędna z punktu widzenia wykładni historyczno-systemowej, lecz także kontrproduktywna legitymizacyjnie. Czego się trzeba wystrzegać, zwłaszcza w tych ciężkich dla judykatywy czasach.