Tyle ostatnio się dzieje w prawie, że jako prawnik zacząłem żyć jak pączek w maśle. W związku z tym postanowiłem kupić samochód. Jak przystało na dziennikarza ogólnopolskich mediów – oczywiście niemiecki. Ale we właściwym momencie się opamiętałem i zacząłem liczyć, ile mnie ta przyjemność będzie kosztowała. I wcale nie chodzi o cenę pojazdu, lecz o jego utrzymanie. A w tym: ubezpieczenie.

Zakładom ubezpieczeń w Polsce żyje się dobrze, nawet zbyt dobrze. Takie są fakty. Wystarczy spojrzeć na dane dotyczące zysku netto za 2014 r. Jeśli ktoś więc mówi, że nie można strzyc gigantycznych korporacji, pierwszy zakrzyknę, że jak najbardziej można, a nawet należy. Problem polega na tym, że coraz gorzej żyje się samym ubezpieczonym. W najbliższym czasie najbardziej po kieszeni dostaną zaś kierowcy.

Powodów jest wiele.

Po pierwsze, niebawem ubezpieczyciele zostaną objęci podatkiem bankowym. O ile w wielu przypadkach przedsiębiorcy mogą obarczyć kosztami kogoś innego niż klientów, o tyle w tym przypadku raczej wyższa będzie wysokość składki.

Po drugie, konkurencja na rynku komunikacyjnego OC była przez wiele lat wyjątkowo niezdrowa. Dochodziło do absurdu, że zakład ubezpieczeń na sprzedanej polisie zamiast zyskiwać, tracił. Do takich wniosków doszła również Komisja Nadzoru Finansowego. W efekcie namawia – choć w praktyce mówienie o prośbach czy wskazówkach jest tu eufemizmem – ubezpieczycieli do podwyżek. To dobra informacja dla wykupujących ubezpieczenie na mieszkanie czy życie (bo tam przerzucane były straty na komunikacyjnym OC), ale zła dla kierowców.

Po trzecie i chyba najważniejsze, powrócić ma podatek Religi. To danina doliczana do składki, z której pieniądze mają być przeznaczane na leczenie osób poszkodowanych w wypadkach. Obowiązywała już w latach 2007–2008. Wielki jej come back zapowiedział tuż przed świętami Bożego Narodzenia jeden z wiceministrów zdrowia.

Konkludując: utrzymanie auta będzie jeszcze droższe. Wiele osób zakrzyknie w tym momencie, że to dobra tendencja, gdyż dzięki temu po polskich ulicach jeździć będzie mniej samochodów, a w efekcie Polska stanie się mekką ekologów.

Ale to założenie wyjątkowo odważne. Polacy bowiem wcale nie zrezygnują z jeżdżenia samochodami. A jeśli będą musieli oszczędzić, uczynią to na samym zakupie pojazdu. Po ulicach będzie po prostu jeździło jeszcze więcej pełnoletniego szrotu.