Niedawno poprosiłam prezesa Trybunału Konstytucyjnego o wywiad. Prof. Andrzej Rzepliński podziękował za propozycję. Na razie jednak nie skorzysta. Nie jestem zaskoczona i przyjmuję to z pokorą. Ba, jestem w stanie zrozumieć powody. Przecież jest jasne, że zapytałabym np., czy pan profesor nadal – jak jeszcze w 2013 r. – nie widzi problemu w tym, że obecni i byli sędziowie TK opracowali gotowy projekt ustawy o TK (30 stron, 139 artykułów wraz z uzasadnieniem), który potem przekazano prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu (sam TK nie ma inicjatywy ustawodawczej). W końcu cała wojna o trybunał ma swe źródło w inicjatywie ustawodawczej, do której przyczynił się sam TK.

Padłoby też pytanie o to, kto dokładnie uczestniczył w pracach nad projektem. Opinia publiczna ma prawo to wiedzieć, bo dziś niektóre osoby z tego kręgu komentują spór o trybunał. Nie odmawiam im tego prawa – to wybitni eksperci – ale zwykła przyzwoitość wymaga, aby o tym kontekście wspomnieć. Byłabym też ciekawa, dlaczego prezes TK bronił dostępu do tego projektu przed opinią publiczną. I czy to dobrze świadczy o TK, że jego prezes przegrywa sprawę sądową o jedno z konstytucyjnych praw obywateli – prawo do informacji (art. 61 konstytucji).

Profesor Rzepliński pojawił się w Sejmie w nocy, w czasie głosowania uchwał stwierdzających nieważność wyboru pięciu sędziów w poprzedniej kadencji. Dlatego zapytałabym też, dlaczego znalazł czas na rozmowy z politykami, a nie znalazł go dla dziennikarzy, którzy prosili o komentarz po to, aby wypełnić misję informowania opinii publicznej.

Nie kwestionując prerogatywy prezesa TK w zakresie decydowania o tym, czy orzekać powinien w konkretnej sprawie pełen, czy też pięcioosobowy skład TK, chciałabym jednak wiedzieć, w którym momencie sprawa ustawy o TK stała się mniej doniosła i czy względy czysto pragmatyczne (brak pełnego składu) są ważniejsze niż argumenty natury prawnej?

Mimo całej litanii wątpliwości o jedną kwestię nie musiałabym pytać: o ważność wyroków TK. O ich ostateczność i o to, czy są prawem powszechnie obowiązującym, nawet jeśli istnieją wobec nich zastrzeżenia natury formalnej. Wiem też, że żaden organ – ani szef kancelarii premiera, ani minister sprawiedliwości – nie został wyposażony w prawo kwestionowania ważności orzeczeń TK w drodze odrębnej skargi. Żaden organ nie ma też prawa o tym rozstrzygać. Tym bardziej żaden polityk. Mówiąc wprost: w tej sprawie prawo stoi po stronie prezesa TK.