Komentarz tygodnia

Dopiero co Ministerstwo Finansów przekonywało, że trzeba wzmocnić pozycję klientów na rynku pożyczkowym, i już widać efekty! Co prawda ustawa antylichwiarska jeszcze nie obowiązuje, ale sądy – a dokładniej sam Sąd Najwyższy – postanowiły wziąć sobie do serca głos parlamentarzystów.

Otóż pewien sędzia pożyczał pieniądze od stron. I nie jest to eufemizm dla brania łapówek. On naprawdę pożyczał. A że był człowiekiem godnym zaufania, to nie musiał się bawić w chodzenie po bankach. Dla porządku dodajmy, że był kiedyś wiceministrem sprawiedliwości. To lepsza rekomendacja niż najsolidniejsza historia kredytowa.

Nie wiedzieć jednak czemu to, że sędzia pożycza po ludziach pieniądze, wykorzystując swój autorytet, nie spodobał się Krajowej Radzie Sądownictwa. Zawistni koledzy po fachu chcieli, aby przedsiębiorczy sędzia został usunięty z korpusu. Sąd I instancji uznał jednak, że nie można być tak radykalnym – wystarczy mężczyźnie zawiesić waloryzację wynagrodzenia na dwa lata.

Sprawa ostatecznie trafiła przed oblicze Sądu Najwyższego. Ten nie pozostawił złudzeń: czyn był niegodny sędziego, obrzydliwy. Stwierdził zarazem, że karę trzeba zaostrzyć. Uczynił to... zawieszając waloryzację wynagrodzenia na trzy lata.

Dlaczego sędzia nie został złożony z urzędu? Bo stanowiłoby to pokrzywdzenie jego wierzycieli! Człowiek straciłby środki do życia, a jako że ma długi, to ukaranie go byłoby równoznaczne z ukaraniem wierzycieli.

Jeden z pomysłów PiS dotyczy postępowań dyscyplinarnych sędziów. Założeniem jest, aby to nie sędziowie sądzili sędziów, lecz aby zwiększyć w tej procedurze udział obywateli. Do niedawna bulwersowała mnie ta propozycja. Uważałem, że władza ludu musi mieć swoje granice. Ale zmieniłem zdanie. Powyższa historia brzmi bowiem jak słaby żart. Sędzia, były wiceminister sprawiedliwości, zachował się skandalicznie, a kara, która go spotkała, jest symboliczna. Bo, jak stwierdził SN, interes wymiaru sprawiedliwości jest abstrakcyjny. Logika najwidoczniej też.