W pierwszej chwili uderzyło mnie, że ministerialny komunikat będący odpowiedzią na tę publikację, wydany przez Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji, nie został podpisany imieniem i nazwiskiem urzędnika biorącego odpowiedzialność za jego treść, ale po lekturze przestałem się dziwić, że nikt osobiście nie chciał sygnować tej enuncjacji.

Podstawy prawnej do żądania akt konkretnej sprawy przez ministra sprawiedliwości upatruje ona w rozporządzeniu tegoż ministra z 23 lutego 2007 r. – Regulamin urzędowania sądów powszechnych, wydanym na podstawie art. 41 par. 1 prawa o ustroju sądów powszechnych.

Ponieważ w swoim długim zawodowym życiu zdołałem się wielokrotnie przekonać, że przepis trzeba mieć przed oczyma, nawet jeśliby się go znało na pamięć, sięgnąłem po tekst ustawy ustrojowej publikowanej na tejże samej stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości. Aliści okazało się, że wprawdzie tekst ustawy tam jest, ale w wersji według stanu na... 2009 r.

Prawo prawem, ale najwyższą moc ma nadal polecenie szefa resortu. Jak za dawnych dobrych czasów. Pewnie dlatego, że minister może prezesa odwołać

Nie ma tam natomiast tekstu ostatniej nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, przygotowanej i przeprowadzonej przez cały proces legislacyjny niczym statek flagowy ministerstwa.

Czy nie jest to dziwne? W Lexie tekst jest uaktualniony, na stronach sejmowych można się z nim zapoznać in extenso, nowelizację odnotowały wszystkie portale prawnicze (zadałem sobie trud i sprawdziłem – w końcu jestem w stanie spoczynku, więc mam trochę czasu), a w Ministerstwie Sprawiedliwości ostatnie zmiany do ustroju sądów powszechnych jakoś się nie przyjęły.

Przypomina się stara anegdota o robotniku, który biegał z pustymi taczkami tam i nazad w trakcie wizyty sekretarza partii w fabryce. Pytany, dlaczego taczki są puste, odpowiedział: Bo u nas, towarzyszu sekretarzu, jest taki zap..., że nie ma kiedy ich załadować.

PRL minął, mamy niby państwo prawa, a ruch w interesie legislacyjnym Ministerstwa Sprawiedliwości jest widać tak intensywny, że nie ma nawet kiedy tych wszystkich uchwalonych już, a promowanych przez resort ustaw załadować na taczkę własnej strony internetowej.

A szkoda, bo gdyby ta ostania nowelizacja się w Ministerstwie Sprawiedliwości przyjęła, to może Wydział Komunikacji Społecznej i Promocji wiedziałby, że zasady nadzoru ministra nad sądami powszechnymi istotnie się zmieniły, ba – może nawet by tam dotarło, że dodany nowelizacją z zeszłego roku art. 37i nakazał ministrowi sprawiedliwości wydać nowe rozporządzenie w sprawie instrumentów nadzoru wewnętrznego i zewnętrznego.

Postulowane od lat zasady dobrych praktyk legislacyjnych wymagają, by w chwili wejścia ustawy w życie zaczęły obowiązywać wszystkie niezbędne akty wykonawcze przewidziane tą ustawą.

W tym przypadku materia nowelizacji tak głęboko zmieniła relacje pomiędzy ministrem a sądami, że trzeba stanąć na stanowisku, iż dotychczasowe zasady nadzoru przewidziane rozporządzeniem z 2007 r. przestały obowiązywać jako sprzeczne z treścią nowej ustawy.

Z tego, że nowego rozporządzenia nie wydano, nie można wyprowadzać wniosku, że stare, nieuchylone wprost, obowiązuje nadal z całą mocą. Obowiązuje przede wszystkim znowelizowana ustawa, której nie tylko litera, ale przede wszystkim duch jednoznacznie wskazują, gdzie jest linia, której ministrowi sprawiedliwości przekroczyć nie wolno.

Swoją drogą dziwić się trzeba także prezesom sądów, którzy tak łatwo przystali na polecenia ministerialne i grzecznie żądane akta przesłali. Okazuje się, że prawo prawem, ale najwyższą moc ma nadal polecenie szefa resortu. Jak za dawnych dobrych czasów. Pewnie dlatego, że minister może prezesa odwołać.