Ale z takich agencji rekrutować się mają już za parę dni ci, co sędziom będą pomagać w pracy: przygotowywać szkice sędziowskich pism, wyszukiwać przepisy, grzebać w aktach sądowych. Kilka mazowieckich sądów właśnie rozstrzyga przetargi na agencje pracy tymczasowej, które zapewnią ręce do pomocy sędziom.

Zgodnie z ustawą o zatrudnianiu pracowników tymczasowych u jednego pracodawcy mogą oni spędzić najwyżej 18 miesięcy.

W sądach ma być jeszcze krócej: plan jest taki, by tymczasowych urzędników sądowych zatrudnić tylko do końca stycznia 2013 r. Ministerstwo Sprawiedliwości przyklaskuje: korzystanie z agencji pracy tymczasowej jest nie tylko dozwolone, ale i skuteczne. Więc o co chodzi?

Ano o to, że wciąż ratujemy się prowizorkami. Jako państwo nie jesteśmy w stanie godziwie zapłacić asystentom sędziów, wymagając od nich jednak wiele.

Więc asystentów nie ma, a ktoś pracę w sądach wykonać musi. Skoro podniósł się raban, gdy wyszło na jaw, że sądy zatrudniają pomocników na umowach śmieciowych – teraz znalazły się prace tymczasowe.

Pytanie, na ile profesjonalizmu, doświadczenia i zaangażowania możemy liczyć ze strony pracownika, który i tak wie, że najdalej za pół roku już go tu nie będzie.

Ale jest i problem etyczny. W Polsce obowiązuje kodeks pracy, który dla pracodawców winien być zasadą zatrudniania. Oczywiście często nie jest: czasy są ciężkie i nikt nie chce zatrudniać na zawsze, bo nigdy nie wiadomo, czy rynek się nie załamie i nie trzeba będzie zwalniać.

Tyle że nie pierwszy raz pojawia się wątpliwość, czy te same wolnorynkowe reguły gry powinny obowiązywać w sądach. Bo jeśli nawet sądy zatrudniają na chwilę, to czego oczekiwać od innych? Kto, jeśli nie Temida, będzie tą żoną Cezara – poza wszelkim podejrzeniem?