Obowiązek wizowy dla Polaków wybierających się do Stanów Zjednoczonych, zrozumiały sam przez się w czasach PRL, dziś odbierany jest przez nas jako dotkliwe upokorzenie. Kiedyś obywatele polscy formalnie związani byli przynależnością państwową z wrogim Ameryce obozem, ale prywatnie, w zdecydowanej większości, sercem byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Dziś duszą i ciałem jesteśmy po tej samej stronie, a jednak w tej materii nic się nie zmieniło.

Wszystkiemu winni podobno jesteśmy sami, ponieważ wizy przestają obowiązywać dopiero wówczas, kiedy liczba odmów nie przekracza 3 proc. składanych wniosków. Zawsze mnie zadziwiała ta logika, bo przecież porównuje się tu coś, co jest z natury nieporównywalne. Wszak odmowa może spotkać tylko kogoś, kto dopiero ubiega się o wizę. A jeśli tak, to jego potencjalna niesubordynacja oceniana jest przez urzędnika imigracyjnego, zanim delikwent znajdzie się za oceanem. Czyli decydująca jest w tym przypadku wyobraźnia tegoż urzędnika, obejmująca potencjalne zachowanie się delikwenta, a nie obiektywne fakty związane z samym petentem. Suma decyzji odmownych jest już oczywiście liczbą obiektywną, która stanowi jakiś procent wniosków – to jasne. Każdy jednak przyzna, że aczkolwiek liczba tych ostatnich zależy wyłącznie od aktywności obywateli polskich, to liczba decyzji kształtowana jest przecież równie wyłącznie przez urzędników imigracyjnych. Ustalenie tej dziwacznej proporcji było kompetencją amerykańskiego Kongresu i tylko Kongres może to zmienić, ale wpływ na praktykę administracji prezydent już ma i dlatego można mu wierzyć, tak jak obiecywał w trakcie swej pierwszej wizyty, że zrobi wszystko, aby obowiązek wizowy w stosunku do nas został jak najszybciej zniesiony.

Nie jestem wprawdzie pewien, czy „Dziennik Gazeta Prawna” jest przynoszony do Gabinetu Owalnego każdego ranka i czy lekturę jej poniedziałkowego wydania prezydent Obama rozpoczyna właśnie od mojego felietonu, niemniej jednak chciałbym podzielić się na tych łamach moim osobistym wizowym doświadczeniem w nadziei, że pomoże to pierwszemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych znaleźć klucz do rozwiązania tej żenującej dla obu stron kwestii. Po prawdzie przygoda z wizą nie spotkała mnie bezpośrednio, zawsze miałem wizy wyrabiane służbowo i w związku z tym zero problemów, ale zaraz się okaże, że jednak ta przedziwna praktyka wizowa w stosunku do Polaków jednak mnie dotknęła.

Otóż bezpośrednio po zakończeniu kadencji w Trybunale Konstytucyjnym zostałem zaproszony na cały semestr przez jeden z amerykańskich uniwersytetów. Ponieważ miałem już wcześniej udzieloną wizę wieloletnią, z wyjazdem nie było żadnych kłopotów. Nie była to moja pierwsza eskapada do Stanów, ale tym razem postanowiliśmy jechać tam wspólnie z żoną. Zaplanowaliśmy, że żona dojedzie po miesiącu, kiedy jako tako się już zagospodaruję. Kiedy zgłosiła się do ambasady z wnioskiem o wizę, a był to jej pierwszy wyjazd za ocean, dowiedziała się, że z pewnością chce dołączyć do męża, który przebywa w Stanach nielegalnie już... od sześciu lat. Urzędniczka nieco się skonfundowała, dowiedziawszy się, że przed miesiącem zakończyłem właśnie kadencję prezesa polskiego Trybunału Konstytucyjnego i na pewno nie mam zdolności bilokacji, ale to oświadczenie nie okazało się wystarczające. Zaczęło się irytujące sprawdzanie wszystkich danych i przedłużające się ponad rozsądną miarę na tyle, że w rezultacie żona ostentacyjnie zrezygnowała z dalszego ubiegania się o wizę, a na uwagę, że wizę na pewno otrzyma, przecież już nawet za nią zapłaciła, odpowiedziała, że trudno, poniesie stratę, ale przynajmniej ze świadomością, że w ten sposób wprawdzie skromnie, ale jednak wesprze zamorskie mocarstwo w chwili, kiedy zaczęło mieć kłopoty finansowe.

Następnego dnia paszport z wizą został dostarczony do domu, ale żonie ochota na wyjazd przeszła definitywnie i koniec końców ze wspólnego pobytu w Ameryce wyszły nici.

Fizyka współczesna poucza, że jeśli coś zdarzy się raz, to może się powtórzyć nieskończenie wiele razy. Raczej należy więc wątpić, że wypadek wyżej opisany był odosobniony, a jeśli tak, to klucz do zmiany polityki wizowej USA leży nie w Waszyngtonie, ale na ulicy Pięknej w Warszawie. Amerykanie są podobno pragmatykami, w każdym razie tak chcą być postrzegani. Mniej ich w związku z tym zajmują zasady i idee, a bardziej konkretne działania i postawy. Niech zasady więc pozostaną, skoro je tak trudno zmienić – nawet teraz, kiedy jesteśmy nie tylko w Unii Europejskiej, ale nawet w strefie Schengen. Wystarczy nas tylko przyzwoicie traktować.