Jednak gdy unijny ustawodawca sięga dalej i dotyka spraw naszych rodzin, małżeństw i dzieci, w wielu rodzi się opór. Trudno nam zaakceptować, dlaczego w sprawie polskiego dziecka orzeka sąd niemiecki czy francuski. Nie ma dla nas znaczenia, to że dziecko ma podwójne obywatelstwo i że mieszka za granicą. Odżywa zasada: polskie dziecko w polskie ręce. Współpraca sądowa między państwami UE to najtrudniejszy element integracji. Nie chodzi tylko o to, że każde państwo ma zupełnie inny system prawny. Faktycznym problemem jest wciąż mentalność i brak wzajemnego zaufania do wymiaru sprawiedliwości państw członkowskich. W ramach unijnej wspólnoty wypracowano reguły dotyczące postępowań cywilnych i handlowych, wprowadzono europejski tytuł egzekucyjny, wypracowano reguły doręczania dokumentów sądowych, współpracy przy przeprowadzaniu dowodów. Także w sprawach z zakresu małżeństwa i dzieci udało się wprowadzić jednolite przepisy o jurysdykcji, uznawaniu i wykonywaniu orzeczeń.

Jednak wciąż największy opór budzi zasada automatycznego uznawania zagranicznych orzeczeń. Zwłaszcza w sprawach rodzinnych. Ale nie godzimy się z tą zasadą tylko w przypadku cudzych orzeczeń. Gdy w grę wchodzi uznanie naszego orzeczenia w Bułgarii czy we Francji, nie mamy żadnych oporów, aby żądać automatycznego uznania polskiego wyroku. Zwycięża czysta filozofia Kalego. Zresztą nie jesteśmy w UE jedyni. Dlatego, gdy w grę wchodzą międzynarodowe spory sądowe o dzieci, w sprawy mieszają się urzędnicy i dyplomaci. Często egzekwowaniem unijnych reguł muszą się zajmować ministrowie. Przepisy przepisami, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.