Po znowelizowaniu konstytucji w 1976 r. pytano: po co nam nowa, skoro poprzednia nie była w ogóle używana. Dziś nawet w poważnych dyskusjach da się słyszeć, że konstytucja z 1952 r. miała charakter wirtualny. Czyli w realu, jak mówi młodzież, nie istniała. Odwoływali się do niej czasami zdesperowani opozycjoniści, a najczęściej stanowiący udrękę urzędów petenci, wierzący w jej moc sprawczą. Pomińmy grupkę, nieliczną na szczęście, znawców tzw. prawa państwowego, którzy z quasi-analiz konstytucji nie najgorzej żyli, choć i tu trafiały się chwalebne wyjątki rzetelnych badaczy.

Po 1989 r. spełniło się jedno marzenie wielu pokoleń prawników: konstytucja stała się jurydycznym, prawdziwym narzędziem codziennego, bezpośredniego użytku. Co prawda, nie zawsze najsprawniejszym.

Ostatnio powołał się na nią prezydent, przypominając o swoim prawie do desygnowania premiera, w formie prerogatywy osobistej (art. 154 ust. 1 w zw. z art. 144 ust. 3, pkt 11 konstytucji). Wypowiedź prezydenta została w niektórych kręgach odczytana jako zapowiedź odstępstwa od utrwalonej jakoby zasady powierzania misji sformowania rządu liderowi partii, która wygrała wybory. Dopatrywano się w niej nawet przygotowania gruntu pod przyszłą grę z aktualnym premierem. Tymczasem nigdzie nie jest napisane, że desygnowany na premiera musi być lider zwycięskiej partii, bo skutecznie rządzić może nie ten, kto wygrał wybory, ale przywódca większości czy koalicji, która stworzy rząd z bezwzględnym poparciem w parlamencie.

Prezydent desygnujący polityka, który takiej szansy nie ma, traci tylko na czasie i w gruncie rzeczy na autorytecie. Nieudana próba utworzenia gabinetu w taki sposób pozbawiałaby prezydenta realnego wpływu na dalszy bieg wypadków, bo inicjatywa ustabilizowania nowego rządu przechodzi z tą chwilą na parlament (art. 144 ust. 3). Prezydent Komorowski jest zbyt długo na scenie politycznej, by tej przedszkolnej wiedzy nie zdążył posiąść. Wynika ona jednak nie tyle z literalnego odczytania przepisu, ile z logiki zespołu norm konstytucyjnych, regulujących cały proces tworzenia i powoływania rządu.

Nawet królowa brytyjska od czasu do czasu desygnuje na premiera nie lidera zwycięskiej partii, ale tego, kto w ramach koniecznej koalicji skutecznie poprowadzi sprawy Jej Królewskiej Mości. I nie jest w tym przypadku jedynie, jak pokazuje historia ostatnich lat, heroldem decyzji polityków. Podobnie będzie działo się u nas, bo w końcu przyjmie się także tutaj standard wypracowany gdzie indziej w długim procesie demokratycznych eksperymentów. Swego czasu też uczyliśmy się na błędach (desygnowanie przez Lecha Wałęsę Bronisława Geremka w 1991 r. czy Waldemara Pawlaka w czerwcu 1999 r.), choć nie jestem przekonany, czy już tę rudymentarną wiedzę opanowaliśmy w pełni i czy na pewno nie grozi nam powtórka z rozrywki. Nieraz bowiem bywało, że premierem zostawał wprawdzie reprezentant zwycięskiej partii i nawet bezwzględnej większości parlamentarnej, ale nie jej faktyczny przywódca. W takim przypadku rzeczywista decyzyjność przesuwa się na miejsce, gdzie ten prawdziwy przywódca politycznie egzystuje, tyle że nie ciągnie za sobą konstytucyjnej odpowiedzialności. Ta pozostanie przy szefie rządu, który formalnie za decyzjami rządowymi stoi i konstytucyjnie za nie odpowiada. Można by w takim przypadku wręcz mówić o stanie niekonstytucyjnej praktyki państwowej.