Przedsiębiorcy z pewnością przyjmą z dużym zadowoleniem ustawę, jaką na ostatnim w tym roku posiedzeniu uchwalił Sejm. To przecież oni ryzykowali milionowymi stratami, gdy decyzje wydawane z rażącym naruszeniem prawa prowadziły ich na skraj bankructwa. Teraz groźba wyłożenia z własnej skarbonki dwunastu średnich pensji ma powstrzymać organy administracji publicznej i samorządowej przed takimi skrajnie nieodpowiedzialnymi werdyktami. Nie mam wątpliwości, że uchwalone przepisy są odpowiedzią na grube sprawy, w których błędne decyzje podatkowe wykończyły niejedną firmę, a wielu przedsiębiorcom po prostu złamały życie.

Jest natomiast mało prawdopodobne, by w drobnych sprawach dnia codziennego ktoś zdecydował się uruchamiać tę wcale nieprostą i nietanią procedurę. Bez wątpienia jest to jedna ze słabości tej ustawy. Niestety takich ukrytych w przepisach słabości jest więcej. Osłabiają one zachwyt i powszechne zadowolenie, które udzielają się każdemu, kto przeczytał tytuł ustawy: o odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa.

Wiadomo, nic tak nie poprawia człowiekowi nastroju jak możliwość dokopania urzędnikowi. Ale któremu konkretnie urzędnikowi? – to pierwsze i zasadnicze pytanie, o które potknie się każdy, kto sięgnie po tę ustawę. Są przecież spory administracyjne, w których rozstrzyganiu biorą udział różne organy. W każdym organie mamy iluś tam urzędników, którzy biorą udział w podejmowaniu decyzji. Ktoś inny przygotowuje projekt decyzji, ktoś inny go opiniuje, ktoś go musi potem aprobować, a następnie podpisać. W praktyce nigdy nie będzie tylko jednego urzędnika, na którego barki będzie można zrzucić całą winę.

W ten sposób nie pierwszy raz szlachetne i dobre intencje autorów ustawy mijają się z możliwościami ich praktycznego wykonania. Bez dwóch zdań, nie będzie wcale łatwo wygrać z urzędnikami. Można oczywiście zaproponować, by już na etapie uzasadnienia decyzji wprowadzić obowiązek wskazywania, kto się czym zajmował. Ale czy z tego opisu będzie wynikało wprost, który funkcjonariusz publiczny dopuścił się rażących zaniedbań, to już zupełnie inna sprawa. I mniej bym tutaj się obawiał paraliżu decyzyjnego, na co zwracają uwagę krytycy ustawy. O wiele bardziej prawdopodobne jest uruchomienie przez urzędników całego repertuaru działań maskujących, których nadrzędnym celem będzie zacieranie śladów.