Pomogła publikacja jednego z tabloidów, który odkurzył sprawę, gdy sprawca wypadku został... ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w jednej osobie. Po tekście i fali krytyki odszedł z rządu w niesławie.

Pamiętam zwłaszcza pełne oburzenie głosy prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, że wysokim urzędnikiem państwowym nie może być ktoś, kto ma prokuratora na karku i zasłania się immunitetem. Zgadzałam się z tymi opiniami w pełni, choć oczywiście w tle czaiła się polityka: władzę sprawowała wówczas lewica, a PiS był w opozycji i liczył na zwycięstwo w kolejnych wyborach.

Dlaczego o tym piszę? Bo bohater tej historii, dziś członek Krajowej Rady Prokuratorów powołany w jej skład przez Zbigniewa Ziobrę, właśnie został przewodniczącym zespołu, który ma opracować nowe zasady etyki zawodowej śledczych. Gdy przeczytałam o tym informację, najpierw przetarłam oczy ze zdumienia, a potem postanowiłam sprawdzić, czy w radzie i na innych prokuratorskich szczeblach znają przeszłość swojego kolegi.

Okazało się, że znają. Ale byłego ministra cenią, lubią, uważają za świetnego i zasłużonego fachowca. Najdalej poszedł pracownik biura prasowego Prokuratury Krajowej, podkreślając, że skazanie (na półtora roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata) dotyczyło przestępstwa nieumyślnego, uległo już dawno zatarciu, a więc uważa się je za niebyłe, a tak w ogóle to błąd może się zdarzyć każdemu.

Sprawa wygląda więc z grubsza następująco: 1) albo w prokuraturze nikt nie pomyślał o tym, że opracowywanie zasad etycznych i dawne kłopoty z prawem nie bardzo idą w parze, 2) albo ktoś o tym pomyślał, uznając jednak, że ciemny lud wszystko kupi, 3) albo wśród ponad 6 tys. prokuratorów w Polsce nie ma osoby bez wyroku, choćby i zatartego.

I teraz mały quiz: który z powyższych wariantów przyczyni się do poprawy tak ponoć wszystkim leżącego na sercu wizerunku wymiaru sprawiedliwości?