Sekretarz rady prof. Katarzyna Kłosińska wskazywała posłom, że trudno mówić o jasności umów. Właściwszym określeniem byłaby mglistość. Dlatego językoznawcy postulują przeprowadzenie szybkich działań legislacyjnych, aby konsumentom żyło się chociaż odrobinę łatwiej. Przykład? Niemalże od ręki można by wprowadzić przepisy zobowiązujące przedsiębiorców, by używana we wzorcach umów czcionka była w odpowiednim rozmiarze i by zachowana była interlinia.

– Od dawna wiadomo, że czcionka szeryfowa [litery zakończone rodzajem ogonków, tak jak m.in. w DGP – red.] ułatwia czytanie, a odpowiedni odstęp między wersami sprawia, że tekst jest bardziej przejrzysty. Można podejrzewać, że używanie czcionki bezszeryfowej w dłuższych tekstach lub unikanie standardowej interlinii to zabiegi celowe – wskazuje Urszula Wysocka, językoznawca z Zakładu Edytorstwa i Stylistyki UW.

Jej zdaniem o ile trudno byłoby jednak przyjąć uniwersalne reguły dotyczące jasności przekazu, o tyle bez trudu można drogą ustawową określić wymogi techniczne, którym musiałby sprostać przedstawiony konsumentowi tekst umowy.

Inny problem ujawniony przez radę to umyślne komplikowanie zdań przez przedsiębiorców, np. przez sztuczne ich wydłużanie. Przykładowo w umowach deweloperskich nagminne było formułowanie zdań zawierających po 300 słów. Dla porównania: cały niniejszy tekst składa się z ok. 500 wyrazów.

– Takiego zdania nie da się zrozumieć – utyskiwała prof. Katarzyna Kłosińska.

Wyjaśniała, że w efekcie konsument jest na straconej pozycji w porównaniu z oferentem. Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzone przez GfK Polonia. Wynika z nich, że zaledwie 16 proc. Polaków zapoznaje się z umową przez jej podpisaniem. Większość nieczytających wskazuje jako powód to, że dokumenty są dla nich zbyt skomplikowane.

– W takich sytuacjach nie należy się bać i trzeba zadawać wszelkie możliwe pytania. Jeśli mamy wątpliwości, nie podpisujmy umowy. Z pewnością też dziwny typ czcionki czy przypisy zapisane minimalnym rozmiarem czcionki powinny dać każdemu do myślenia – twierdzi Urszula Wysocka.

W ocenie rady ustawodawca powinien zwrócić uwagę także na dokumenty, głównie instrukcje obsługi sprzętu elektronicznego oraz ulotki do kosmetyków, które są tłumaczone z języka angielskiego. Nagminną praktyką jest, że obszerne wyjaśnienia dostępne są wyłącznie w języku obcym, zaś wersja polskojęzyczna składa się jedynie z 1–2 zdań, z których konsument niczego na temat zakupionego produktu się nie dowiaduje.

Sprawozdanie rady wzbudziło w Sejmie nieoczekiwane emocje. Posłanka Joanna Lichocka (PiS) z mównicy sejmowej pytała, gdzie byli eksperci rady, gdy obrażany był śp. Lech Kaczyński i gdy „czas przemysłu pogardy był w rozkwicie”.

– Dużo milej jest zajmować się instrukcją obsługi pralki; tam prostactwa i chamstwa nie ma – grzmiała Lichocka.

Profesor Katarzyna Kłosińska w odpowiedzi zwróciła uwagę na to, że w ramach Rady Języka Polskiego w styczniu powstał Zespół Etyki Słowa, który mógłby zajmować się tematyką słownictwa używanego w polityce. Problem polega na tym, że do całego zespołu przypisane jest jedynie pół etatu z minimalną pensją krajową dla jego sekretarza. Na więcej rada nie otrzymała środków.

Sprawozdania rady są przedstawiane Sejmowi co dwa lata. Niestety, jak zauważyła jej sekretarz, do tej pory ustawodawca nie podjął działań legislacyjnych zmierzających do poprawy sytuacji konsumentów.