Słyszeliśmy już tę argumentację, gdy projekt zwiększenia kwoty wolnej od podatku składał Twój Ruch. Jednak podobnie jak nieprzekonująca była argumentacja lewicy, tak i w tej sprawie błądzi TK. Wbrew temu, co twierdzi TK, sprawa nie dotyczy tego, aby dochody „niezbędne do stworzenia warunków do godnej egzystencji” nie były opodatkowane, a tylko by nie były opodatkowane podatkiem PIT. A ten, jak możemy zobaczyć w danych OECD , to tylko margines kosztów pracy. Z kosztów pracy osoby zarabiającej połowę średniej na podatek dochodowy pobierane jest raptem ponad 4 proc. Znacznie większy kawałek pensji pochłaniają składki na ubezpieczenie społeczne. Nawet kiedy liczymy tylko składki ponoszone przez pracownika, a nie pracodawcę, wynoszą one ponad 15 proc. Oczywiście można domagać się, aby kwotę wolną pojmować całościowo, ale ani nie robi tego TK w wyroku, ani nie planuje tego PiS, podobnie jak nie planowała tego wcześniej lewica .

Ponadto TK uważa, że zasada równowagi budżetowej nie może „niweczyć zasad państwa prawnego”. Świetnie, ale skąd upór akurat w sprawie kwoty wolnej jako narzędzia „solidarności społecznej”? Jeśli pochylamy się nad osobami najuboższymi, powiedzmy dolnymi 20 proc. społeczeństwa, to czemu TK domaga się rozszerzenia polityki, która wspiera w równym stopniu pozostałe 80 proc.? PiS ma szansę wykrzesać jakieś dodatkowe pieniądze do budżetu i jeśli uważa za słuszne wsparcie najbiedniejszych – powodzenia. Ale spójrzmy w ten sposób: koszt zwiększenia kwoty wolnej do minimum egzystencji dwukrotne, to 14–16 mld zł. Za mniej więcej tyle pieniędzy można by wprowadzić program „500 zł miesięcznie dla 10 proc. najuboższych Polaków”. 6 tys. zł rocznie wobec raptem 600 zł z kwoty wolnej. Nie ma powodu, by za fundament państwa prawa TK uważał tę drugą kwotę. Działalność trybunału przypomina działalność partii politycznej – coś tam policzyć, coś prawem kaduka uznać za oczywiste, na koniec robić wodę z mózgów ciemnego ludu, który łatwo kupuje.