Po tej rytualnej – jakże słusznej – litanii przejdę jednak do rzeczy: nawet haniebny upadek obyczajów nie uzasadnia jeszcze tego, by za wychowywanie narodu zabierały się organy państwa. Przypomnę coś, co powinno być elementarzem: otóż źródłem władzy nie jest w Polsce ani Pan Bóg, ani superniania, lecz ludzie. To oni przekazali organom władzy uprawnienie, by – dla dobra ogółu – wyznaczały granice tego, co wolno i czego nie wolno. Ale właśnie dlatego, że nie chodzi o boskie namaszczenie, rządzącym nie wolno tych uprawnień nadużywać.

Wolność wyrażania poglądów została w konstytucji zapisana w art. 54. Dopiero 40 artykułów niżej przewidziano istnienie Sejmu, Senatu, prezydenta, trybunałów itp. To oczywiście nic nie znaczy, ale pokazuje pewną gradację wartości. Otóż demokracja obejdzie się bez prezydenta i bez Senatu, a nawet bez Trybunału Konstytucyjnego, ale bez wolności słowa – nie. Tymczasem TK uznał ostatnio, że wolno ją ograniczać, bo przecież debata publiczna może się toczyć w sposób cywilizowany i kulturalny. A sędzia Teresa Liszcz dodawała: „Pozbawianie autorytetu państwa jest działaniem antywychowawczym”. Wolno więc za demonstracyjne okazywanie w miejscu publicznym lekceważenia organów państwa sięgać po środki represji zapisane w kodeksie wykroczeń.

Tym uzasadnieniem poczułam się jako obywatel publicznie zlekceważona. Nie po to płacę podatki, by ludzie władzy, których z tych podatków utrzymuję, mnie wychowywali. Wychowali mnie mama i tata. Nie wykluczam, że ponieśli porażkę. Ale nie zmienia to tego, że prawo karne – a jego młodszym bratem jest prawo wykroczeń – jest i musi być w państwie prawa argumentem ostatecznym, a nie instrumentem podnoszenia kultury obywateli. Zwłaszcza w obszarze wolności słowa. Jeśli bowiem w XXI wieku europejskie państwo w sposób szczególny karze za grube słowo o przedstawicielu władzy, to czym różni się od starożytnego Egiptu, gdzie – wedle Prusa – szło się w dyby za zelżenie poborcy podatkowego? ©?

Barbara Kasprzycka

Barbara Kasprzycka

źródło: DGP