Sędzia Teresa Liszcz, która uzasadniała orzeczenie Trybunału, wyjaśniała że przepis jest zgodny z ustawą zasadniczą. Jak mówiła, choć ogranicza wolność słowa, to jednak nie tłumi debaty publicznej, a jedynie eliminuje z niej wypowiedzi demonstracyjnie lekceważące naród polski, Rzeczpospolitą oraz jej konstytucyjne organy.

Karolina Szwarc z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich wskazuje, że przepisy wymagają od zwykłego obywatela bardzo dokładnej znajomości zasad politycznej dyskusji. Tymczasem jak powiedziała IAR, często język ulicy jest przejaskrawiony, może być wyrażany w sposób dosadny. "Nie wszyscy obywatele to ludzie, którzy ukończyli studia i kierunki humanistyczne, nie wszyscy ludzie czytają literaturę, część ma ograniczony zasób słownictwa, a wypowiadają się na skomplikowane tematy społeczno - polityczne" - powiedziała.

Maciej Warchoł z Biura RPO dodaje, że obowiązujące prawo pozwala wybiórczo karać osoby, które krytykują władzę. "Przepis ten może działać jako maczuga do uderzania niepokornych" - ocenia Warchoł. Tłumaczy, że skala tak zwanego hejtu w internecie jest bardzo duża, ale nie wszyscy są karani. "Teraz można sobie wybierać po uważaniu" - dodał.
Sędzia Teresa Liszcz powołała się też na poprzednie werdykty Trybunału, z których wynika, że ochrona prawna państwa i narodu jest nadrzędna. "Wolność słowa - jak wynika z poprzedniego orzecznictwa Trybunału - nie ma charakteru absolutnego" - dodała.

Za lekceważenie państwa, narodu czy konstytucyjnych organów państwa grozi od dwóch do trzech lat więzienia. O uznaniu tych kar za konstytucyjne wnosiły do Trybunału Sejm i Prokurator Generalny.