To niestety bardziej myślenie życzeniowe niż realna prognoza. Skąd ta liczba? Dlaczego 80 proc., a nie 99 proc.? Tego niestety nie dowiemy się z uzasadnienia zmian. W ostatnim roku po wniosek o skazanie bez rozprawy sięgnięto zaledwie w 48,8 proc. spraw. Z analiz PG można dowiedzieć się, że „instytucja nadal nie jest doceniana przez prokuratorów”, występują „duże dysproporcje w jej stosowaniu” i nade wszystko „brakuje inicjatywy po stronie prokuratorów”. Czy nowe przepisy to zmienią? Pozostanę niedowiarkiem.

Wielu prokuratorów przypomina bowiem, że w procesach karnych nie chodzi – jak przy praniu odzieży – tylko o szybkość i ekonomię. Proces i kara spełniają cele prewencyjne – odstraszające od łamania prawa. Problem w tym, że z reguły na porozumienie z prokuratorem na etapie śledztwa sprawcy decydują się, tylko mając świadomość, że są na nich twarde dowody i nie ma szans, aby w sądzie usłyszeli: „niewinny”.

Prokurator stanie więc przed wyborem: albo skupi się na zbieraniu mocnych dowodów w śledztwie (tym samym będzie ono dłuższe i bardziej pracochłonne), aby zwiększyć szansę na zakończenie sprawy w trybie konsensualnym, albo będzie prowadził śledztwo szybko i powierzchownie z przerzuceniem dowodów na etap sądowy. Ale wówczas liczba chętnych do dobrowolnego poddania się karze znacznie spadnie.

Nowelizacja poszerza też możliwość sięgnięcia po ten instrument także w przypadku zbrodni. Czy to budzi entuzjazm oskarżycieli? Wręcz przeciwnie. Bo istotą dobrowolnego poddania się karze jest ugranie korzyści przez oskarżonego.

– W przypadku najcięższych zbrodni, w zamian za ograniczenie postępowania dowodowego, mam godzić się na karę np. 15 lub 25 lat pozbawienia wolności zamiast dożywocia? Nie godzę się na to – mówi mi jeden z prokuratorów.

Przy tym możliwość dobrowolnego poddania się karze przy zbrodniach otwiera się dopiero na etapie sądowym, a więc już po skierowaniu aktu oskarżenia. Trzeba więc wcześniej przeprowadzić właściwie pełne postępowanie przygotowawcze. Gra może okazać się niewarta świeczki.