Jeżeli we wtorek skończy się nam ważność obowiązkowego przeglądu, a pojedziemy go zrobić w środę, to zapłacimy za usługę podwójną stawkę – taki zapis pojawił się w projekcie założeń do nowelizacji prawa o ruchu drogowym. Kontrowersyjnych pomysłów jest więcej: poza pieczątką w dowodzie trzeba będzie wozić z sobą specjalne zaświadczenie ze stacji diagnostycznej, każde auto przechodzące przegląd będzie fotografowane, a na jego przedniej szybie pojawi się specjalna nalepka. Jednocześnie rozszerzone zostaną uprawnienia inspektorów Transportowego Dozoru Technicznego: będą mogli stosować prowokacje, czyli np. zgłaszać się na badanie z uszkodzonym autem jako tajemniczy klient. W Polsce średni wiek aut to 15 lat, a mimo to tylko 2 proc. z nich nie przechodzi badań. W krajach skandynawskich samochody są dużo młodsze, a jednak diagności odprawiają z kwitkiem 25–30 proc. z nich

Dwukrotnie droższe badanie techniczne pojazdu robione po upływie terminu ważności i konieczność wożenia przy sobie specjalnego zaświadczenia – to tylko niektóre zmiany, jakie czekają kierowców.

Samorządy i środowisko diagnostów otrzymały do wglądu projekt założeń nowelizacji ustawy – Prawo o ruchu drogowym przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju (MIR). Dokument jest efektem prac grupy roboczej powołanej przez ówczesny resort transportu na początku 2013 r. Jeśli choć część z propozycji wejdzie w życie, będzie to oznaczało spore zmiany zarówno dla kierowców, jak i samych stacji kontroli pojazdów.

W DGP opisywaliśmy pierwsze przecieki z prac nad projektem. Przedłożone propozycje zakładają, że każdy samochód poddany badaniom technicznym zostanie sfotografowany (co będzie dowodem, że faktycznie odwiedził stację diagnostyczną), a opłata za badanie zostanie pobrana przed jego wykonaniem, a nie po nim – jak obecnie. Zdecydowano również, że specjalna naklejka, dokumentująca aktualność badań technicznych pojazdu, będzie umieszczana na przedniej szybie (wcześniej brano pod uwagę tablicę rejestracyjną). Pomoże to np. policji wychwycić pojazdy bez aktualnych badań.

Pojawiło się też kilka nowości. Projekt zakłada, że jeśli kierowca spóźni się z dokonaniem kolejnego przeglądu swojego auta, diagnosta pobierze od niego dodatkową opłatę w wysokości 100 proc. z góry ustalonej stawki. To oznacza, że badanie okresowe pojazdu do 3,5 tony (np. osobówki) w takiej sytuacji będzie kosztować 198 zł, zamiast 99. Nałożona kara będzie przekazywana na rachunek Funduszu – Centralnego Systemu Badań Technicznych Pojazdów (w internecie nie istnieje taka nazwa – KOR).

Wygląda też na to, że przybędzie papierków, które kierowcy będą musieli przy sobie wozić. Do zestawu: prawo jazdy, dowód rejestracyjny i ubezpieczenie OC, dojdzie jeszcze specjalne zaświadczenie, które będzie stanowiło dokument stwierdzający dopuszczenie pojazdu do ruchu w Polsce.

Zmiany dotkną też same stacje kontroli pojazdów, zwłaszcza w zakresie kontrolowania ich pracy. I nic dziwnego – w Polsce tylko niecałe 2 proc. aut nie przechodzi badań technicznych, przy czym średni ich wiek to 15 lat. W krajach skandynawskich samochody są młodsze, a odsiewanych jest 25–30 proc. Na Łotwie nawet 50 proc. Dlatego rząd chce dać inspektorom Transportowego Dozoru Technicznego możliwość niezapowiedzianych wizyt na stacjach diagnostycznych (dziś konieczne jest zawiadomienie przedsiębiorcy o zamiarze wszczęcia kontroli), a nawet stosowania prowokacji (badanie „tajemniczego klienta”, w tym z możliwością stosowania uszkodzonego pojazdu).

Diagności popierają kierunek zmian, choć mają wątpliwości, czy miejscami nie są zbyt daleko idące. – Kontrola jest potrzebna, nawet jeśli jest niezapowiedziana. Ale stosowanie prowokacji to już przesada, tym bardziej że wiemy, czym takie sytuacje się kończą w naszym kraju. Kontrolerzy incognito będą chcieli się wykazać przed przełożonymi i za wszelką cenę przyłapać diagnostów na drobnostkach – uważa Marcin Żak ze Stowarzyszenia Ekspertów Techniki Motoryzacyjnej i Diagnostów Samochodowych.