Dzieło sztuki wpisane na Listę Skarbów Dziedzictwa w skrajnym wypadku będzie można znacjonalizować – tak wynika ze znowelizowanej przez Sejm ustawy o ochronie zabytków. Fundacja Książąt Czartoryskich zwróciła się do prezydenta o skierowanie jej do TK.



Uchwalona przez Sejm nowelizacja ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami oraz ustawy o muzeach wprowadza kolejną formę ochrony najcenniejszych dzieł poprzez utworzenie Listy Skarbów Dziedzictwa (LSD). Mają na nią trafiać zabytki ruchome o szczególnej wartości dla dziedzictwa kulturowego, znajdujące się zarówno w zbiorach publicznych, jak i prywatnych.

Wpis będzie wiązał się z poważnymi ograniczeniami w dysponowaniu skarbami przez ich właścicieli. Takie zabytki nie będą mogły być wywożone za granice na stałe, ani na podstawie wielokrotnego zezwolenia. W skrajnych przypadkach, np. wystąpienia zagrożenia polegającego na możliwym zniszczeniu, kradzieży czy nielegalnym wywozie za granicę minister kultury będzie mógł wydać decyzję o zajęciu dzieła, a nawet przejęciu na własność Skarbu Państwa. Z drugiej strony dzięki wpisowi na LSD właściciele zabytków będą mogli uzyskać dotację pokrywającą koszty zabezpieczenia i konserwacji dzieł sztuki.

Obietnice nie do spełnienia

Kłopot w tym, że daleko idące ograniczenia prawa własności mogą naruszać konstytucyjne prawo własności, prawo do prywatności i zasadę proporcjonalności. Zwłaszcza, że minister kultury będzie miał możliwość wpisu zabytku na listę nawet wbrew woli właściciela, lub przy jego wyraźnym sprzeciwie.

Zgodnie z art. 31 ust. 3 konstytucji prawa i wolności mogą być ograniczane ustawowo, gdy jest to konieczne w demokratycznym państwie prawa dla zapewnienia jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej. Przepis nie pozwala więc na ograniczenie prawa własności ze względów związanych z ochroną zabytków czy dziedzictwa kulturowego.

Stosowane ograniczenia muszą być proporcjonalne i moim zdaniem przepisy zawarte w nowelizacji ustawy nie wytrzymują próby konstytucyjnej - mówi dr Wojciech Szafrański z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, specjalizujący się w prawie ochrony zabytków.

Tak stanowcza nie jest natomiast inna specjalistka tej dziedziny, dr hab. Katarzyna Zalasińska z Uniwersytetu Warszawskiego.

- Trudno jednoznacznie przesądzić, czy ingerencja w prawa właścicieli jest nadmierna w rozumieniu art. 31 ust. 3. Zwłaszcza, że art. 5 konstytucji stanowi, że Rzeczpospolita Polska strzeże dziedzictwa narodowego. Trzeba też pamiętać, że prawo własności zabytków czy dzieł sztuki zawsze podlega pewnym ograniczeniom. Trzeba więc wyważyć, czy korzyści dla właścicieli dzieł wpisanych na LSD równoważą ograniczenia, jakie się z tym wiążą – tłumaczy dr hab. Zalasińska.

Zdaniem Mariana Wołkowskiego-Wolskiego, prezesa Fundacji Książąt Czartoryskich - największego po Kościele prywatnego właściciela dzieł sztuki - nowa ustawa gwałci konstytucyjną zasadę proporcjonalności, nakładając na właścicieli prywatnych wiele obowiązków i nie gwarantując nic w zamian.

Państwo zobowiązuje się co prawda do pokrycia kosztów zabezpieczenia i konserwacji dzieł sztuki i właściciel będzie mógł wystąpić o stosowną dotację. Jednak po pierwsze w ustawie jest zapis, że jest ona udzielana ze środków budżetu państwa, z części, której dysponentem jest minister właściwy do spraw kultury, a po drugie przyznanie dotacji jest uzależnione od wykonania na własny koszt badań konserwatorskich – mówi dr Wołkowski-Wolski.

A w przypadku takich obiektów jak Dama z Gronostajem, obrazy Rembrandta, czy ołtarz Wita Stwosza uprzednie badania konserwatorskie stanowią nawet połowę kosztów konserwacji – tłumaczy prezes Fundacji Czartoryskich.

Przy tym ministerstwo kultury szacuje, że roczne skutki funkcjonowania LSD będą obciążały budżet w kwocie miliona zł. Tyle wynoszą koszty konserwacji zachowawczej jednego tylko obrazu „Dama z Gronostajem”. Pięcioletni program konserwatorsko-badawczy ołtarza Wita Stwosza kosztuje ok. 13 mln zł, czyli ponad dwa mln na rok.

- Nie uważam, że LSD jest z gruntu złym pomysłem, bo wyższy poziom ochrony konserwatorskiej w stosunku do najcenniejszych dzieł jest potrzebny. Obawiam się jednak, że państwo bierze na siebie zobowiązania, których nie będzie w stanie unieść – mówi dr hab. Zalasińska.

Podczas ostatniego posiedzenia senackiej komisji kultury i środków przekazu Piotr Żuchowski, sekretarz stanu w ministerstwie kultury i dziedzictwa narodowego przekonywał, że nie będzie sytuacji, w której zabraknie środków ma finansowanie ochrony wciągniętych na listę skarbów. Stwierdził też, że na LSD nie trafi więcej niż 20 obiektów, takich jak „Dama z gronostajem” Da Vinci, „Sąd Ostateczny” Memlinga czy Szczerbiec, miecz koronacyjny królów Polskich. Tyle deklaracje. Z przepisów nie wynika wcale, ile obiektów może bądź powinno znaleźć się w wykazie.

Apel do prezydenta

- Wcześniej, podczas posiedzenia komisji sejmowej minister Żuchowski przyznał, że na liście nie znajdą się Arrasy Wawelskie, bo nie ma pieniędzy na ich konserwację. A one się akurat na takiej liście powinny znaleźć. Obawiam się więc, że do rejestru będą po prostu wpisywane tylko te zabytki, które są w dobrym stanie – mówi dr Wojciech Szafrański.

Zwłaszcza, że w przepisach nie określono ani definicji skarbu, a nie też kryteriów decydujących o tym, które dzieło powinno być wpisane, a które nie. A to rodzi ryzyko dużej uznaniowości.

Niebawem ustawę będzie zatwierdzał Senat. Tymczasem Fundacja Czartoryskich już zwróciła się do kancelarii prezydenta o jej niepodpisywanie i skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego.

Etap: ustawa przyjęta przez Sejm