Gonią nas terminy – brzmi odpowiedź projektodawców. Nie ma już czasu na dyskusję, bo jeśli w ciągu roku nie wdrożymy unijnej dyrektywy zamówieniowej, to mogą nam zostać wstrzymane fundusze unijne. Implementujmy więc to, co niezbędne, a później będziemy na spokojnie prowadzić szerokie konsultacje i zmieniać prawo w sposób optymalny – przekonują.

I pewnie można by się z nimi zgodzić, gdyby nie jeden szczegół. Chociaż bowiem wielu pomysłów zabrakło, to jednocześnie znalazły się w projekcie takie, które wykraczają poza unijny oblig. A jednocześnie budzą spore kontrowersje: chociażby opisywana przez DGP propozycja zniesienia zasady jawności ofert w przetargu.

Co ciekawe, projekt w tej kadencji nawet nie zostanie przesłany do Sejmu. Założenie jest takie, że przejdzie uzgodnienia międzyresortowe i konsultacje społeczne, zostanie też przyjęty przez Radę Ministrów. Potem zaś poleży sobie w szufladzie i poczeka, aż zacznie prace nowy parlament. Dopiero do niego zostanie skierowany.

Jeśli istnieje choćby niewielkie ryzyko wstrzymania funduszy europejskich dla Polski, to oczywiście powinniśmy zrobić wszystko, by tego uniknąć. Skoro jednak nie ma czasu na konsultacje z prawdziwego zdarzenia, to projekt powinien ograniczyć się do tego, co trzeba implementować z dyrektywy. Z resztą – zwłaszcza tą bardziej dyskusyjną – należało się wstrzymać. I przygotować ją dobrze, bez presji czasu. Nie ma przecież żadnej pewności, że obecna koalicja wciąż będzie rozdawać karty w nowym parlamencie. Jeśli zaś rząd się zmieni, nowemu łatwiej będzie przełknąć projekt techniczny i niebudzący kontrowersji.