Nie dziwi również, że wśród ogólnej szczęśliwości mało kto zwrócił uwagę na to, co ten wyrok będzie oznaczał dla wymiaru sprawiedliwości. Nawet sam trybunał wydawał się tą kwestią mało zainteresowany. Teresa Liszcz, sędzia sprawozdawca, skwitowała to jednym zdaniem: „dla wymiaru sprawiedliwości też katastrofy nie będzie”. I kropka. Pani sędzia nie wyjaśniła, na czym to przekonanie opiera. Co gorsza, dając parlamentowi wskazówki, w jaki sposób powinien dostosować przepisy do orzeczenia, trybunał nie zająknął się, że nowe regulacje powinny mieć skutki jak najmniej obciążające sądy.

Banki, zamiast lekką ręką wystawiać BTE, będą teraz składać pozwy do sądów. Rocznie z BTE korzystały nawet milion razy. Pozwów może być mniej: świadomość kontroli sądowej może bowiem wpłynąć na banki dyscyplinująco. I nagle z miliona tytułów egzekucyjnych zrobi się ich np. 200 tys. Tym niemniej przyszły rok rysuje się dla sądów w czarnych barwach, również ze względu np. na wzrost liczby spraw restrukturyzacyjnych.

Jak to się ma do deklarowanej przez kolejnych ministrów sprawiedliwości konieczności ograniczania kognicji sądów? Odpowiem krótko: tak jak BTE do zasady równości stron. Rządowych projektów mających odciążyć sądy od rozpoznawania tzw. drobnicy jest jak na lekarstwo. A nawet jeżeli są, to nie mają statusu priorytetowych.

Zmiany, jakich dokonują rządzący, są zazwyczaj incydentalne i spowodowane chwilową potrzebą (polityczną, społeczną, czasami nawet medialną). Przez to mamy prawo niespójne, nastawione na gaszenie pożaru, a nie zapobieganie mu. I zapewne znów tak będzie. Sejm uchwali przepisy ułatwiające bankom egzekucję, ale dające dłużnikom lepsze gwarancje niż skompromitowany BTE. Ale o sądy nawet pies z kulawą nogą się nie upomni. Te jakoś sobie poradzą. A nawet jeśli nie, to zawsze można rozłożyć ręce i stwierdzić, że nic nie da się zrobić: sądy są przecież niezawisłe.