Pani premier zapowiedziała szybkie działanie, a właściwy minister niezwłocznie przystąpił do pracy. Efekt? Po paru tygodniach poznaliśmy pierwszy projekt ustawy. Następnie doszło do konsultacji społecznych i uzgodnień międzyresortowych. Po kilku miesiącach powstała któraś z kolei wersja projektu. Jeśli przyjmie go rząd, przyjdzie czas na sejmową debatę, a w jej trakcie – na kolejne konsultacje i uzgodnienia. No właśnie, bardziej konsultacje czy bardziej uzgodnienia? I kogo z kim? Czy może przyjdzie pora tak naprawdę na lobbingowo-obstrukcyjną przepychankę? Ta zaś może się zakończyć schowaniem dokumentu do szuflady. Mowa o projekcie ustawy, która ma wreszcie uregulować pomoc prawną przedsądową dla osób, których nie stać na jej opłacenie.

Skoro wspomniałem o lobbingu i obstrukcji, muszę wyjaśnić, co mam na myśli. Okazuje się, że można być za, a zarazem przeciw. Nie pierwszy to dowód na to, jak mądre i odkrywcze – choć wydawało się nielogiczne – było stwierdzenie wielkiego człowieka naszej najnowszej historii. Za od początku – to jest od zapowiedzi, która padła w exposé pani premier – był minister sprawiedliwości. Założenia przygotowanego w resorcie sprawiedliwości projektu były proste, a krąg beneficjentów ustawy (uprawnieni do świadczeń według powszechnie obowiązujących przepisów o pomocy społecznej) i zakres przedmiotowy pomocy prawnej opłacanej przez państwo (dla tychże beneficjentów) – odpowiednie do aktualnych (czytaj: nienadmiernych) możliwości budżetowych. W związku z powyższym stosownie też określono – co wcale nie znaczy, że na atrakcyjnym poziomie – wynagrodzenie dla świadczących pomoc. Do tego doszło najprostsze z możliwych, a zarazem zapewniające przyzwoite nasycenie na terenie kraju (1500 punktów doradczych) rozwiązanie logistyczne. Wreszcie – założono powierzenie świadczenia pomocy wyłącznie tym, którzy gwarantują jej profesjonalizm i zarazem są w stanie za te gwarancje wziąć odpowiedzialność, również cywilną, asekurując niejako ryzyko państwa w tym zakresie.

Przede wszystkim to ostatnie założenie sprawiło, że ujawnili się kontestatorzy ministerialnego projektu. Wywodzą się oni głównie ze strony zwanej społeczną lub pozarządową. Od lat postulują pilne uregulowanie w naszym kraju systemu pomocy prawnej dla ubogich. Już dziś – i to fakt – zaliczają się do organizatorów tej pomocy, choć nie czynią tego zupełnie pro bono, w odróżnieniu od organizujących dni nieodpłatnych porad prawnych samorządów radców prawnych i adwokatów. Korzystając z unijnego wsparcia, zorganizowali nawet krajowy mityng (zwany Kongresem Poradnictwa Prawnego), a także sponsorowali wydawanie skryptów krytycznie oceniających omawiany projekt. Są więc oni za czy przeciw? Oczywiście za – w takim znaczeniu, w jakim jego wdrożenie uruchamiałoby środki z budżetu (ok. 100 mln zł rocznie), które trafiłyby do kontestatorów jako świadczeniodawców pomocy. Oczywiście przeciw – w takim sensie, w jakim środki te skierowane byłyby do innych niż oni świadczeniodawców. Krzyk, również medialny, jaki wywołany został wokół projektu ministra, nie był więc wołaniem o lepszy system z punktu widzenia potrzebujących pomocy. Stał się trybuną walczących o inny, niż proponował minister podział kasy wśród, potencjalnych, jak na razie, świadczeniodawców. Co dziwne, również niektórzy rządowi konsultanci projektu – nawet po terminie zakreślonym dla uzgodnień międzyresortowych – przyłączyli się do zwolenników rozszerzenia kręgu świadczących pomoc – jakby to tu należało upatrywać bezpośrednich beneficjentów systemu.

Gdyby więc konsultacje społeczne resortowego projektu oceniać pod kątem ich konstruktywności, jeśli chodzi o realizację celów ustawodawcy, należy stwierdzić, że sporo pary poszło w gwizdek. Mam nadzieję, że nie cała i że ta, co pozostała, nie zostanie wygwizdana na etapie prac nad projektem w Sejmie, jeśli dokument tam ostatecznie trafi. Kompromisową, z perspektywy wspomnianych kontestatorów, wersję proponowanej ustawy rozpatrywał rząd na ostatnim posiedzeniu. Niby drobne uwagi – bynajmniej nie dotyczące jego branżowych kompetencji – zgłosił minister finansów. Na razie projekt nie został przyjęty przez rząd. A zakłada przecież, że ustawa wejdzie w życie z początkiem przyszłego roku. Niektóre z jej postanowień miałyby obowiązywać już w czwartym kwartale bieżącego roku, aby umożliwić zrealizowanie czynności przygotowawczych. Czy kontestatorzy i ich – czasem nawet nieumyślni – sojusznicy rządowi, nadal hamować będą tempo prac legislacyjnych? Jeśli tak, stanie się jasne, że są przeciw wprowadzeniu systemu, a ich celem jest jedynie niekończąca się nad nim debata.