Już niedługo szef resortu sprawiedliwości będzie mógł online zidentyfikować każdego z uczestników postępowania sądowego. I dowiedzieć się np., że ktoś wziął rozwód, a kto inny prowadził samochód na podwójnym gazie. Takie informacje bowiem można uzyskać, zaglądając do akt postępowań sądowych. A minister będzie miał do nich łatwy dostęp za pośrednictwem sądowych systemów teleinformatycznych. Sięgać po tego typu dane oraz korzystać z nich będzie mógł bez zgody osoby, której dotyczą, a ta nie będzie musiała nawet o tym wiedzieć.

Zachwiana równowaga

Po co ministrowi takie uprawnienia? Z uzasadnienia projektu wynika, że ma to służyć usprawnieniu postępowania przed sądem. Resort uważa bowiem, że nie da się tego osiągnąć bez wprowadzenia skutecznych rozwiązań teleinformatycznych. Te z kolei wymagają przyznania ministrowi zezwolenia na przetwarzanie danych osobowych gromadzonych w tych systemach.

Takie rozwiązania budzą jednak zastrzeżenia generalnego inspektora ochrony danych osobowych. Nie podoba mu się, że minister będzie miał status administratora danych osobowych zgromadzonych w systemach teleinformatycznych obsługujących postępowanie sądowe. Chodzi tutaj o dane dotyczące nie tylko sędziów czy pracowników sądowych, ale również stron postępowań, ich pełnomocników czy świadków. Gromadzone będą również dane wrażliwe, np. o stanie zdrowia czy liczbie skazań.

– Regulacja, zgodnie z którą organ władzy wykonawczej miałby decydować o celach i środkach przetwarzania danych osobowych uczestników postępowań sądowych, pozostaje w sprzeczności z konstytucyjną zasadą odrębności i niezależności władzy sądowniczej od innych władz oraz budzi wątpliwości w kontekście zasady trójpodziału władz – wskazuje Małgorzata Kałużyńska-Jasak, rzecznik prasowy GIODO.

Obecnie tego typu danymi administrują poszczególne sądy, w których toczą się postępowania. I to nie budzi kontrowersji.

Przyszłe uprawnienia ministra krytykują również organizacje pozarządowe.

– Możemy mieć tutaj do czynienia z przyznaniem ministrowi mandatu zbyt głęboko ingerującego w prywatność obywateli – przyznaje Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon.

Brak konsultacji

Kontrowersyjny zapis pojawił się w projekcie dopiero na etapie prac w komisjach sejmowych. Efekt tego jest bowiem taki, że w ogóle nie był on konsultowany. – Przepis nie był uzgadniany z GIODO – przyznaje Małgorzata Kałużyńska-Jasak. I zaznacza, że inspektor nie zamierza tej sprawy tak zostawić. Ma zamiar wystosować do Senatu pismo.

Wojciech Klicki również podkreśla, że o zmianie dowiedział się od nas. Jego wątpliwości budzi to, że przepis ten nie został w żaden sposób uzasadniony. To sprawia, że proces legislacyjny staje się mniej przejrzysty.

Kolejną kontrowersyjną sprawą jest to, że na razie nawet nie zasygnalizowano Komisji Europejskiej, że trwają prace nad taką zmianą prawa. Tymczasem z dyrektywy 95/46/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony osób fizycznych w zakresie przetwarzania danych osobowych i swobodnego przepływu tych danych wynika, że Polska powinna notyfikować Komisji Europejskiej fakt przyznania ministrowi sprawiedliwości takich uprawnień. Wszystko dlatego, że dyrektywa ta generalnie zabrania przetwarzania przez państwa członkowskie danych wrażliwych ich obywateli. A jeżeli jakiś kraj chce od tej zasady odstąpić, musi właśnie wypełnić obowiązek notyfikacji. Podnosiło to również w trakcie prac nad projektem Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Resort sprawiedliwości nie zamierza jednak spieszyć się z dokonaniem notyfikacji.

– Obowiązek ten nie jest obłożony żadną sankcją i ma jedynie charakter informacyjny – wskazuje Patrycja Loose, rzecznik prasowy MS.

I z tych właśnie powodów resort zamierza wypełnić go dopiero wówczas, gdy nowela zostanie opublikowana w Dzienniku Ustaw.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Etap legislacyjny

Projekt przekazany do Senatu