Wyrok TSUE, który daje każdemu internaucie tzw. „prawo do bycia zapomnianym” został przez wielu przyjęty jako zwycięstwo wolności i praw obywatelskich. Na razie jego reperkusje mają jednak dość karykaturalny wymiar.

Z informacji podanych przez BBC wynika, że z wyroku korzystają przede wszystkim osoby, które chcą oczyścić swoją internetową „kartotekę”. Jedną z takich osób miał być były polityk, który planuje wrócić do tego zawodu, ale na przeszkodzie do tego stoi jeden z artykułów opisujący jego zachowanie na stanowisku, które pełnił. Z prawa do bycia zapomnianym chce też skorzystać mężczyzna oskarżony o posiadanie materiałów pedofilskich, który żąda usunięcia linków do stron informujących o jego skazaniu. Wśród osób wnioskujących o usuwanie linków na swój temat z sieci jest również lekarz, któremu nie podobają się nieprzychylne oceny wystawiane mu przez pacjentów.

Przypomnijmy, że niedawny wyrok TSUE, który uprawomocnił tzw. „prawo do bycia zapomnianym”, dotyczył sprawy Maria Costei Gonzaleza. Hiszpan nie godził się na to, aby po wpisaniu w wyszukiwarce jego nazwiska pojawiało się odesłanie do strony internetowej gazety z ogłoszeniem o licytacji jego nieruchomości z powodu zaległości w płaceniu składek na ubezpieczenia społeczne. 

Ostatecznie sprawa Gonzaleza trafiła do sądu, który poprosił o opinię unijny trybunał. Ten – wbrew opinii hiszpańskiego odpowiednika GIODO – uznał, że Google ma obowiązek usunąć dane osobowe, nawet jeśli stanowią one jedynie link do treści, która znajduje się w internetowym archiwum gazety.

W wyroku TSUE znalazło się jednak jedno zastrzeżenie. Właściciel wyszukiwarki ma prawo odmówić usunięcia linków do danych osobowych, jeśli kierują one do treści związanych z pełnieniem funkcji publicznej przez osobę, która żąda ich usunięcia.