Państwo, w postaci służb swoich, pyta więc obywatela (nie pokazując mu zdjęcia, rzecz jasna), kto (np. kilka miesięcy wcześniej) kierował jego autem. Następnie – w zależności od odpowiedzi – nakłada mu grzywnę za przekroczenie prędkości albo za uchylenie się od odpowiedzi. Wydawać by się więc mogło, że zastawianie takich pułapek na obywateli jest niezgodne z zasadą demokratycznego państwa prawnego.

W środę Trybunał Konstytucyjny orzekł jednak, że jest inaczej. Argumentów za było tak samo dużo, jak i tych przeciw. Zadziwiająca jest jednak treść uzasadnienia, które padło z ust prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. Sprowadzało się ono do wykazania rzekomego wielkiego wpływu tej regulacji na poprawę bezpieczeństwa. Któż ośmieli się kontestować przepis, bez którego liczba ofiar na drogach, w ocenie TK, będzie tylko rosła?

Na szczęście są jeszcze sędziowie w trybunale. Mirosław Granat, Wojciech Hermeliński i Marek Kotlinowski zgłosili zdania odrębne, bynajmniej nie dlatego, że uważają, że nie warto walczyć z piractwem drogowym, lecz dlatego, że nie godzą się, by cel uświęcał środki.

Bo prawda jest taka, że grzywna z art. 96 par. 3 nijak się ma do bezpieczeństwa. Jest przejawem hipokryzji państwa, którego nieudolne służby wolą postawić strachy na wróble w postaci fotoradarów i rozdawać mandaty z pełną świadomością, że często płacą je wcale nie ci, którzy przewinienie popełnili. Bo ojciec, zamiast wskazać syna, który piratuje po drogach bez prawa jazdy, woli zapłacić za niewskazanie. Dzięki art. 96 par. 3 państwo ma łatwą kasę i prosty komunikat: nie chcemy cię łapać i dawać punktów karnych, za które można stracić prawo jazdy. Możesz się wykupić. Tyle że jest to nie tyle niekonstytucyjne, ile niemoralne.