Krzysztof Józefowicz, wiceminister sprawiedliwości, twierdzi, że problemów ginących akt nie da się zlikwidować, dopóki nie rozładuje się zatorów w polskich sądach Co najmniej 70 śledztw, prowadzonych w prokuraturze w Będzinie (Śląskie) nie znalazło finału przed sądem, bo jej pracownicy ukrywali akta tych spraw w szafach. Nie można się też doliczyć pieniędzy z poręczeń majątkowych wpłaconych przez podejrzanych. Tak wynika z prowadzonej w tej jednostce kontroli – poinformowała wczoraj Prokuratura Apelacyjna w Katowicach. Kontrole we wszystkich prokuraturach w regionie ruszyły po tym, gdy pod koniec ubiegłego roku okazało się, że w szafach i biurkach prokuratury w Pszczynie ukrywano akta około 200 spraw. Choć nikt się nie zajmował tymi śledztwami, w sprawozdaniach i dokumentach statystycznych wykazywano, że zakończyły się one aktami oskarżenia lub umorzeniem. Niektóre akta były przechowywane nawet przez pięć lat. W części przypadków doszło do przedawnienia i niektóre sprawy będą musiały zostać umorzone.
Trójkąt bermudzki Temidy
W polskich sądach i prokuraturach ginie rocznie ponad 300 tomów akt. Część z nich zostaje zagubiona wskutek zwykłego bałaganu lub przez niefrasobliwość sędziów. Istnieją również uzasadnione podejrzenia, że wiele sądowych dokumentów znika na zamówienie lub jest świadomie niszczonych. Mimo że procent zaginionych akt w stosunku do ponad 8 mln spraw, które przewijają się przez sądowe sekretariaty, nie jest duży, to zaginięcie choćby jednej strony wydaje się czymś skandalicznym. Ministerstwo Sprawiedliwości, które boryka się z tym problemem od lat, nie znajduje prostej recepty na jego rozwiązanie. Mimo rozpoczętego jeszcze w 2003 roku monitoringu wpadek z aktami, liczba zaginięć kształtuje się ciągle na podobnym poziomie. – Każdy taki przypadek jest kompromitacją dla wymiaru sprawiedliwości, gdyż sądy powinny być ostatnim miejscem, gdzie mogłoby się to zdarzyć. Poza tym każde utracone akta to przecież utrata oryginalnych dokumentów, protokołów zeznań i wyjaśnień, których odtworzenie nie zawsze jest możliwe – mówi Andrzej Kryże. W ten sposób zaginione dokumenty skutecznie blokują prowadzone śledztwa w sprawach karnych, ale również sprawy gospodarcze. Tak było dwa lata temu w przypadku Złotych Tarasów – warszawskiej inwestycji firmy ING Real Estate – kiedy to wojewódzki sąd administracyjny przyznał się do zgubienia bardzo ważnych dokumentów dotyczących przedsięwzięcia. – Dlatego nie lekceważymy tej sprawy i dążymy do tego, aby w ogóle takie przypadki nie miały miejsca – mówi Krzysztof Józefowicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Problem wciąż aktualny
Jego zdaniem tego problemu nie da się całkowicie wyeliminować, dopóki nie rozładuje się zatorów, z którymi od lat borykają się polskie sądy. Dostęp do akt mają pracownicy sądowych sekretariatów, sędziowie i strony w toczących się postępowaniach. Ci ostatni jednak tylko pod okiem pracowników sądu. Sędziowie mogą zabrać akta sprawy do domu, kiedy piszą np. uzasadnienie do wyroku. To rodzi czasem bardzo nieoczekiwane konsekwencje. Kilka lat temu część akt w sprawie gangu Oczka zjadł pies jednego z sędziów, który zabrał dokumenty do domu. Zaginięciom sprzyja również bałagan w sądowych sekretariatach. Samo przechowywanie akt w toczących się sprawach budzi wiele zastrzeżeń. Złe warunki lokalowe sądów powodują, że dokumenty sądowe często piętrzą się na biurkach sędziów i sądowych sekretariatów. W ten sposób mogą stać się łatwym łupem dla osób nieuprawnionych lub po prostu zaginąć w natłoku dokumentów. Do skandalicznej sytuacji doszło w połowie stycznia we Wrocławiu, kiedy to w tamtejszym sądzie grodzkim, dla wrocławskiego Śródmieścia – wybuchł pożar. Ogień strawił dokumenty z działu windykacji. Zapisane w nich były informacje o wyrokach wydanych przez sąd. Pożar wybuchł po zamknięciu sądu. Śledztwo prokuratury szybko potwierdziło, że pożar nie był przypadkiem. Okazało się, że sprawcami jest dwójka pracowników sądu, którzy świadomie wywołali pożar, zostawiając zapalone świeczki w szafach z aktami. – Spłonęło lub uległo nadpaleniu około tysiąca akt – informuje prokurator Prometeusz Przybyłowicz z Prokuratury Stare Miasto we Wrocławiu. Takie spektakularne próby niszczenia akt to jednak rzadkość, większość ginie w zaciszu i dyskrecji, a fakt ich zaginięcia wychodzi na jaw po kilku latach. Tak było na przykład z dowodami w sprawie samobójstwa Ireneusza Sekuły. Wiadomo, że z akt sprawy znikły negatywy i odbitki zdjęć ran Sekuły. Dzięki nim można by odtworzyć m.in., w jaki sposób Sekuła został postrzelony.
Jak rozwiązać ten problem
Zdaniem ekspertów ginące akta to objaw ciągłej zapaści, w jakiej znajduje się polski wymiar sprawiedliwości. Do jego rozwiązania może doprowadzić nie tylko zlikwidowanie zaległości w sądach i prokuraturach, ale również zmiany w organizacji pracy w tych instytucjach. – Problem czarnych owiec w polskich sądach chcemy szybko rozwiązać. W Sejmie jest już projekt ustawy o pracownikach sądów i prokuratury, który podwyższa wymagania dla osób chcących pracować w tych instytucjach zarówno pod względem posiadanych kwalifikacji, jak i etycznym – mówi Andrzej Kryże, tłumacząc, że obecnie prezes sądu, przyjmując pracownika do swojej placówki, ma ograniczoną wiedzę na temat jego przeszłości. Dzięki nowej ustawie przeszłość tych osób będzie można weryfikować w takim samym stopniu, jak w przypadku kandydatów na sędziów. Z pomocą ma przyjść policja, która będzie przeprowadzała m.in. wywiady środowiskowe.
POSTULUJEMY

Ministerstwo Sprawiedliwości powinno wprowadzić do sądów elektroniczne akta, które pozwolą na odtwarzanie zaginionych dokumentów. Sędziowie powinni posiadać asystentów, którzy pomagaliby im od strony technicznej przygotować rozprawę.
Nasz komentarz Znikające akta