Zgodnie z pomysłem pani komisarz, każdy będzie mógł zażądać usunięcia danych o nim samym, i to nie tylko z miejsca, w którym znalazły się pierwotnie, ale też z wszystkich innych, na które zostały skopiowane. Wiadomo, że wrzucona pod wpływem chwili na Facebooka śmieszna fotka z imprezy natychmiast zaczyna żyć własnym życiem i trafia w różne miejsca. A za rok czy dwa lata, gdy eksimprezowicz będzie chciał znaleźć pracę na odpowiedzialnym stanowisku, może stanowić spory problem. Czy internauta powinien mieć prawo do tego, by sieć zapomniała o tym, co robił w młodości? Oczywiście.

Można jednak wyobrazić sobie też inną sytuację. Mężczyzna zostaje skazany za wyjątkowo odrażające przestępstwo. Sąd nakazuje podanie wyroku do publicznej wiadomości, imię i nazwisko skazanego jest opublikowane w prasie papierowej i internecie. Po odsiedzeniu wyroku i jego zatarciu mężczyzna domaga się usunięcia informacji o nim z sieci. Niby na tym polega zatarcie wyroku. Ale przecież w papierowych gazetach nikt nie zamazuje tych informacji. Każdy może pójść do biblioteki i przeczytać o skazaniu przestępcy, nawet za 100 lat. Dlaczego internet ma być traktowany na innych zasadach? Co zrobić z sieciowymi archiwami, w których przecież mogą być przechowywane skany odzwierciedlające dokładnie kopie papierowych wydań?

To konflikt między dwoma fundamentalnymi prawami: ochroną prywatności a prawem do informacji. Podkreślił to w wydanej w tym tygodniu opinii Niilo Jääskinen, rzecznik generalny luksemburskiego trybunału. I zwrócił przy okazji uwagę, że internet jest dzisiaj podstawowym źródłem informacji.

Co ważniejsze – prywatność czy prawo do informacji? Nie potrafię znaleźć prostej odpowiedzi. Ciekawi mnie, w jaki sposób konflikt ten godzą organizacje walczące o prawo do zapomnienia. Bo chodzi o te same, które jednocześnie mówią o prawie do informacji.