– Wciąż mają stare przyzwyczajenia sprzed globalizacji. Mimo że od lat jesteśmy w Unii Europejskiej i Polacy mogą mieszkać, pracować i dokonywać różnych transakcji w innych krajach, sądy generalnie niechętnie uznają wyroki wydane za granicą – ubolewa Andrzej Michałowski, adwokat.

Nie jest on odosobniony w tej ocenie.

– By uznać orzeczenie zagranicznego sądu postępowanie jest powtarzane. Pomiędzy sądami różnych krajów istnieje nieufność sensu largo w zakresie kompetencji. Do tego dołącza się często pewna tendencja do ochrony własnych obywateli, o ile zostali dotknięci orzeczeniem sądu zagranicznego – zauważa adwokat Jerzy Naumann. Według niego nawet postanowienia konwencji międzynarodowych niespecjalnie zmieniają podejście sądów, choć wpływają pozytywnie na sprawność ich pracy.

Ci, którzy chcą uzyskać uznanie wyroku zagranicznego przez polski sąd, muszą liczyć się z tym, że łatwo nie będzie, a na wyrok przyjdzie im poczekać nawet kilka lat. I to mimo że od 1 lipca 2009 r., po nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego (Dz.U. z 1964 r. nr 43, poz. 296 z późn. zm.), możliwe jest uznawanie wyroków wydanych przez zagraniczne sądy z mocy prawa (art. 1145 k.p.c.).

– Powiedzieć, że regulacje k.p.c. dotyczące procedury uznawania orzeczeń obcych sądów na terenie RP są martwe, to powiedzieć za dużo. Ale stwierdzić, że to droga przez mękę po nieutwardzonej nawierzchni, to mniej więcej oddać prawdziwy stan rzeczy – ocenia Jerzy Naumann.

Zdaniem prawników podejście sądów po części jest spowodowane przez ortodoksyjne – jak mówią – organy administracji, dla których liczy się tylko dokument z orzełkiem.

– Praktyka powinna być bardziej liberalna, a sądy powinny patrzeć na to, jakiego rodzaju orzeczenie zapadło za granicą. Jeżeli był to np. wyrok rozwodowy odpowiadający polskiemu trybowi ustalania winy, podziału majątku czy przyznania prawa do opieki na dzieckiem, to nie ma żadnej przeszkody do uznania go bez przeprowadzania postępowania na nowo – mówi Andrzej Michałowski.

Tego rodzaju spraw jest wbrew pozorom sporo. Tylko w 2009 r., jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, sądy miały ich do załatwienia 4058, a zrealizowały – 2942. W 1863 z nich wyroki zagraniczne zostały uwzględnione w całości lub w części.

Nie chodzi tu tylko o wyroki rozwodowe, ale także zasądzenie zapłaty. Andrzej Michałowski podaje przykład córki b. premiera Włodzimierza Cimoszewicza, której sąd w Stanach Zjednoczonych zasądził odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych, ale nie może go wyegzekwować, bo polski sąd go nie uznał. Stwierdził bowiem, że został wydany według reguł, które nie obowiązują w Polsce.

Statystyką i czasem oczekiwania na uznanie wyroku zagranicznego sądu przez polski zdziwiony jest sędzia Łukasz Piebiak, prezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

– Prawdopodobnie wynika to z tego, że wiele z tych spraw, które czekają wciąż na rozpoznanie przez polskie sądy, zostało wniesionych przed 1 lipca 2009 r., czyli pod rządami starych przepisów. W nowszych sprawach rozpatrywanych według nowych procedur generalną zasadą powinno być uznanie automatyczne, z mocy prawa – wskazuje. Przyznaje, że na długość postępowań w naszym kraju mogą mieć wpływ obiektywne trudności związane z wymianą dokumentów z instytucjami innych państw i poprzednie, obowiązujące do 1 lipca 2009 r. przepisy. Kolejnym powodem może być brak dostatetcznej liczby sędziów, którzy specjalizują się w tych specyficznych sprawach.

– Jeśli sędzia na co dzień nie zajmuje się tymi zagadnieniami, to normalne jest, że podchodzi do nich z dużą dozą nieufności, a mając inne do rozpoznania, te odkłada na później – tłumaczy. Dlatego, jego zdaniem, powinni tym zajmować się wyspecjalizowani sędziowie, którym jednak należy pomóc, odciążając od innych postępowań.

Według sędziego Łukasza Piebiaka tego rodzaju decyzje, podejmowane przez prezesów sądów lub przewodniczących wydziałów, zapadają jednak zbyt rzadko, a znane są przypadki decyzji odwrotnych i likwidacji specjalizacji.