Najbardziej ludzki przepis w całym kodeksie cywilnym jest stosowany przez sądy oszczędnie, choć znaczna część pozwów, apelacji czy skarg kasacyjnych podnosi jego naruszenie. Chodzi o art. 5 kodeksu cywilnego. Zgodnie z nim nie można korzystać ze swojego prawa w sposób sprzeczny z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie nie jest bowiem uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony. Przepis ten pozwala więc uwzględnić żądania, które w starciu ze sztywnymi normami i ustawowymi terminami powinny być co do zasady odrzucone. Stanowi niejako wentyl bezpieczeństwa wobec bezwzględnej litery prawa.

– Jeżeli nie ma żadnego punktu zahaczenia, by uwzględnić roszczenie strony, której jednak ewidentnie dzieje się krzywda, wtedy ten przepis może przemówić – wskazuje sędzia Teresa Mróz z Sądu Apelacyjnego w Warszawie.

Szybkie zakończenie

Problem jednak w tym, że sędziowie obawiają się z niego korzystać.

– Przepis jest bowiem nieostry i jego zastosowanie wymaga solidnego, dłuższego uzasadnienia. Łatwiej jest przecież stwierdzić, że np. nastąpiło przedawnienie roszczeń i krótko uciąć sprawę – zauważa radca prawny Violetta Wasielak-Winkler, która reprezentuje poszkodowaną w toczącym się procesie przeciwko szpitalowi o zadośćuczynienie za błąd lekarski.

– Bywają sytuacje, gdy prosta wykładnia przepisów zawodzi. I chociaż formalnie jedna strona ma rację, to trzeba sobie zadać pytanie, czy powinna ją zrealizować – zaznacza istotę problemu adwokat Andrzej Michałowski z Kancelarii Michałowski Stefański.

Po terminie

Nie ma wątpliwości, że art. 5 k.c. jest najważniejszym z przepisów zawierających klauzule generalne. Zgodnie z jego myślą granice wszystkich uprawnień materialnego prawa cywilnego określają nie tylko suche przepisy, ale także zasady współżycia społecznego.

Artykuł 5 kodeksu cywilnego w orzecznictwie

Artykuł 5 kodeksu cywilnego w orzecznictwie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Przepis pozwala np. uwzględnić roszczenia mimo upływu terminu przedawnienia czy przywrócić termin do wniesienia powództwa – tłumaczy sędzia Teresa Mróz.

To, czy w rozpoznawanej sprawie zachodzi podstawa do zastosowania art. 5 k.c., wymaga jednak wysiłku i oceny wszystkich okoliczności. „Konstrukcja nadużycia prawa podmiotowego ma charakter wyjątkowy i może być zastosowana tylko po wykazaniu wyjątkowych okoliczności. Przy ocenie, czy zarzut przedawnienia stanowi nadużycie prawa, rozstrzygające znaczenie mają okoliczności zachodzące po stronie poszkodowanego oraz osoby zobowiązanej do naprawienia szkody. W szczególności znaczenie ma charakter uszczerbku, jakiego doznał poszkodowany, przyczyna opóźnienia w dochodzeniu roszczenia i czas jego trwania, a także zachowanie stron” – wyjaśniał Sąd Najwyższy (sygn. akt I PK 48/11).

Zatem strona, która domaga się, aby jej sprawa została rozpoznana mimo uchybienia terminu, musi wykazać, że stwierdzenie przedawnienia roszczenia byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. I tak było w sprawie, którą zajmował się SN w ubiegłym miesiącu. Młoda kobieta trafiła do szpitala z podejrzeniem infekcyjnego zapalenia wsierdzia. Po badaniach lekarz wypisał ją do domu z rozpoznaniem zapalenia stawu mostkowo-obojczykowego. Po dwóch tygodniach trafiła do innego szpitala, ponownie z tym samym podejrzeniem i znowu wypisano ją do domu, nie czekając nawet na wszystkie wyniki. W efekcie na skutek błędnych diagnoz lekarzy rozwinęło się zakażenie i doszło do nieodwracalnych zmian. Pacjentka pozwała szpital za zniszczenie jej zdrowia. Domagała się 170 tys. zł zadośćuczynienia. Pozew wniosła jednak po upływie ustawowego terminu.

– Sądy I, jak i II instancji szybko stwierdziły, że te roszczenia są przedawnione – wskazuje mec. Wasielak-Winkler.

Sędziowie krótko rozstrzygali, że jej klientka spóźniła się z pozwem.

– A przecież to nie jest seans w kinie, tu chodzi o poważne, życiowe sprawy – podkreśla prawniczka.

Dopiero SN otworzył drogę do merytorycznego rozpoznania sprawy, orzekając, że upływ terminu nie może stać na drodze sprawiedliwości. Kłóciłoby się to bowiem z zasadami współżycia społecznego. A jako takie należy rozumieć również oceny moralne regulujące postępowanie jednych osób wobec innych.

Takie wyroki nie zapadają jednak często, zwłaszcza w sądach I i II instancji. „Przy stosowaniu art. 5 k.c. do instytucji przedawnienia należy kierować się zasadami rygoryzmu, tak aby nie doszło do zbyt liberalnego odrzucenia zarzutu przedawnienia, niepodyktowanego wyjątkowością sytuacji” – orzekł łódzki Sąd Apelacyjny (sygn. akt I ACa 577/12).

Wrażliwość sędziego

Dla strony postępowania, powołującej się na nadużycie prawa przez przeciwnika procesowego, uwzględnienie tego zarzutu to niemalże jak wygrana w loterii. Sądy bowiem niezmiennie stoją na stanowisku, że ta możliwość nie może być nadużywana.

– Przepis jest absolutnie wyjątkowy. Stosuje się go, gdy jednej ze stron procesu dzieje się krzywda – tłumaczy sędzia Mróz.

Dodaje, że zbyt częste sięganie do art. 5 byłoby niebezpieczne, naruszałoby bowiem zasadę pewności prawa i zagrażało stronom umów.

Zdania są jednak podzielone.

– Strony, a czasem i sądy, źle rozumieją ten przepis. Powoływany jest bowiem w sytuacjach beznadziejnych, a dobrze by się sprawdzał jako uzupełnienie argumentacji. Powinien więc być dobrą bronią, a nie wytrychem – uważa mec. Andrzej Michałowski.

Jego zdaniem mądremu sędziemu klauzula ta tylko pomoże w orzekaniu.

Wszystko zależy zatem od konkretnego sędziego, do którego sprawa trafi. To bowiem w jego gestii jest decyzja, co będzie zgodne z zasadami współżycia społecznego, a co nie.

– Stosowanie tego przepisu to prawdziwa sztuka. Sędzia powinien być wręcz artystą – podkreśla mec. Wasielak-Winkler.

Dodaje, że to nie jest łatwe, bo powinno zadziałać łącznie kilka elementów: wiedza, doświadczenie i poczucie sprawiedliwości sędziego.

– Musi on wyważyć interesy obu stron. Trzeba zauważać, że druga strona też chce mieć spokój i pewność, że pewne sprawy się przedawniły. Jednak nie może się to odbywać kosztem sprawiedliwości – akcentuje.

Czyste sumienie

Trzeba przy tym pamiętać, że podnoszenie zarzutu nadużycia prawa zastrzeżone jest tylko dla strony, która sama tego nie robi. Taka sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego w Łodzi na początku tego roku (sygn. akt I ACa 1088/12). Spółka domagała się zasądzenia ponad 130 tys. zł od wynajętego przez nią przedsiębiorcy budowlanego za zwłokę z zakończeniem umówionych prac. Przedsiębiorca bronił się, że przyczyny nieterminowego zakończenia robót leżały wyłącznie po stronie inwestora oraz wynikały ze zlecenia mu robót dodatkowych. Od wyroku sądu I instancji, zasądzającego inwestorowi żądaną kwotę, wykonawca złożył apelację. Podniósł w niej m.in., że sąd nie zastosował art. 5 k.c. Żądanie kar umownych w sytuacji zaś, gdy sam inwestor dopuścił się zaniedbań w wykonaniu swoich obowiązków, zdaniem skarżącego było sprzeczne z zasadami współżycia społecznego: lojalności, sprawiedliwości i uczciwości kupieckiej w stosunkach między kontrahentami.

Sąd nie uwzględnił jednak tego zarzutu. Wskazał, że z ustaleń faktycznych wynika, że przedsiębiorca nie dołożył należytej podwyższonej staranności przy realizacji umowy. Powszechnie przyjmowana w piśmiennictwie i orzecznictwie zasada czystych rąk wyklucza bowiem możliwość powoływania się na naruszenie zasad współżycia społecznego przez tego, kto ich sam nie przestrzega.