Migracja ksiąg wieczystych rozpoczęła się w 2003 r. Polega na tworzeniu wersji elektronicznej ksiąg papierowych. W praktyce powoduje to dla interesantów pewne trudności, bo sądy zawieszają załatwianie spraw do czasu zakończenia tej operacji.

– Nie z naszej winy kolejne postępowania musiały być unieważnione. Migracja ksiąg wieczystych nie została jednak wstrzymana. Informowaliśmy jednostki, które się tym zajmują, jak przebiega procedura przetargowa i że nie wyłoniliśmy jeszcze wykonawcy. W tym czasie sądy we własnym zakresie miały zapewnić transport ksiąg – tłumaczy Marian Kowalski, dyrektor Centrum Zakupów dla Sądownictwa.

Inne zdanie w tej sprawie mają ci, którzy w praktyce odpowiadają za migracje, czyli referendarze.

– U nas przestój trwał około dwóch tygodni. Nikt nas nie powiadomił o przebiegu przetargów i o trudnościach z wyłonieniem wykonawcy. Nie mieliśmy też sygnałów, że przez ten czas mamy organizować transport we własnym zakresie – mówi prosząca o anonimowość przewodnicząca wydziału ksiąg wieczystych.

Z kolei na forum referendarzy jeden z referendarzy informuje, że „do sądów, które nie zakończyły migracji, przychodzi pismo, że transport trzeba organizować we własnym zakresie”. Ale „ani sąd, ani ośrodek migracyjny nie mają na to pieniędzy”.

Przebieg wydarzeń referendarz relacjonuje tak:

„1 marca dostajemy informację, że umowa z DPD będzie lada chwila podpisana. Ośrodek migracyjny sprężył się i odesłał nam transport 28 lutego (w ostatnim dniu obowiązywania umowy – red.). Kurier przekazał nam informację, że umowa nie zostanie podpisana! Po prostu czeski film! Nikt nic nie wie! A po 400 książek to chyba mamy pojechać sobie sami, no chyba że sprawą zajmie się nasza apelacja”.

Resort sprawiedliwości tłumaczy, że umowę z DPD Polska podpisano z wolnej ręki, bo inaczej nie udało się wcześniej wyłonić wykonawcy. Pierwsze postępowanie wszczęto 18 stycznia 2013 r., ale zamawiający musiał wykluczyć jedynego wykonawcę. Ponowne podejście do przetargu było 1 i 12 lutego, nikt nie był jednak zainteresowany.

Resort twierdzi, że w tej sytuacji spełnione zostały przesłanki wskazane w art. 67 ust. 1 pkt. 4 ustawy – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2010 r. nr 113, poz. 759 z późń. zm.). Tłumaczy też, że zamawiający nie miał obowiązku publikować ogłoszenia, bo nie wymaga tego prawo.

– W świetle wyjaśnień zamawiającego oraz dokumentacji przetargowej dostępnej na stronie internetowej można argumentować, że istniały uzasadnione podstawy, aby w tej konkretnej sytuacji udzielić zamówienia z wolnej ręki – ocenia Jerzy Masztalerz, prawnik z kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr.

Ma jednak pewne zastrzeżenia.

– Teoretycznie można rozważać, czy ustalone przez zamawiającego stosunkowo krótkie terminy składania ofert uwzględniały w przypadku tego konkretnego zamówienia czas niezbędny do przygotowania i złożenia oferty – wskazuje prawnik.

Dodaje jednak, że nawet gdyby terminy nie były wystarczające i mogły wpłynąć na brak zainteresowania wykonawców, trudno byłoby z tego powodu kwestionować prawidłowość decyzji zamawiającego o udzieleniu zamówienia z wolnej ręki.