– Jest co do tego spór w doktrynie, choć ja uważam, że sędziowie powinni się do tego przyznawać. W przeciwnym razie będzie to wprowadzeniem w błąd funkcjonariusza, dlatego że sędzia odpowiada za wykroczenia tylko dyscyplinarnie – mówi sędzia Waldemar Żurek, członek Krajowej Rady Sądownictwa.

– Ratio legis tego przepisu polegało na tym, by osoby, które wykonują tak ważne i odpowiedzialne funkcje, przestrzegały prawa na tyle, by informacja o każdym, nawet najdrobniejszym przewinieniu, trafiała do zwierzchników – dodaje.

Podobnie uważa Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.

– Kierowca, który zatai fakt bycia sędzią i płaci mandat, popełnia przekroczenie dyscyplinarne. Sędzia ma bowiem prawny obowiązek ujawnić, kim jest i poddać się właściwemu postępowaniu. Nie wolno mu zapłacić mandatu – wyjaśnia sędzia Strączyński.

Mandat za 100 tysięcy

Zdaniem sędziów odpowiedzialność dyscyplinarna jest dla nich o wiele bardziej dotkliwa, niż gdyby mieli odpowiadać za takie przewinienia tylko na podstawie kodeksu wykroczeń.

– Sędziemu „korzystającemu z immunitetu” grożą w istocie o wiele poważniejsze sankcje dyscyplinarne. Staje on przed sądem dyscyplinarnym i może zostać ukarany upomnieniem, naganą, przeniesieniem do innego okręgu, a nawet złożeniem z urzędu. Sędzia ukarany nie najsurowszą przecież karą nagany może stracić nawet 100 tys. zł – wylicza Maciej Strączyński.

Jego zdaniem do takiej kwoty może urosnąć suma utraconych zarobków. Kara nagany automatycznie skutkuje bowiem odsunięciem na okres trzech lat awansu płacowego, czyli utratą kilkusetzłotowej podwyżki. Ale to nie koniec: następny awans płacowy, który sędzia dostałby po kolejnych pięciu latach, dostanie po ośmiu, a kolejny – zamiast po 10 latach, dostanie po 13.

– To obniża zarobki o kilkaset złotych miesięcznie łącznie przez 12 lat! Tak surowych kar za wykroczenia nikt nie ponosi. Co prawda trudno sobie wyobrazić, by z powodu wykroczeń drogowych w postępowaniu dyscyplinarnym wymierzono najwyższą karę. Choć gdyby dotyczyło to sędziego regularnie gnającego 120 km/h po mieście, to czemu nie... Ale taki ktoś nie powinien być sędzią – dodaje prezes „Iustitii”.

– Trzeba pamiętać, że immunitet chroni sędziego jedynie przed zapłaceniem mandatu, a nie przed nałożeniem punktów karnych. Te policja nakłada pomimo tego, że postępowanie dyscyplinarne wobec sędziego prowadzi prezes sądu – precyzuje Mariusz Wasiak z biura ruchu drogowego Komendy Głównej Policji.

Przedstawiciele trzeciej władzy przekonują więc, że wbrew pozorom korzystanie z immunitetu w przypadku wykroczeń drogowych wcale nie jest korzystne. Bardziej opłacałoby się sędziom nie przyznawać, kim są i zapłacić mandat, niż narażać się na konsekwencje dyscyplinarne.

I choć nikt głośno się do tego nie przyznaje, to wiadomo, że część sędziów właśnie dlatego mandaty płaci. Bo choć popełniają w ten sposób przekroczenie dyscyplinarne, to niczym nie ryzykują, bo nie da się tego w żaden sposób zweryfikować (policjant, nie wiedząc, że kierowca jest sędzią, nie wyśle przecież takiej informacji do jego sądu). Możliwe jest więc, że sędzia nazbiera tyle punktów, że będzie musiał ponownie podejść do egzaminu na prawo jazdy, ale prezes jego sądu nawet nie będzie podejrzewał, że w jego sądzie orzeka sędzia pirat drogowy.

Przywilej korzystania z przywileju

Tymczasem coraz głośniej mówi się o wyłączeniu wykroczeń drogowych spod ochrony immunitetem. Z przedstawieniem takiego projektu nosi się kancelaria prezydenta. Ale to też nie do końca podoba się sędziom.

– Gdyby sędziowie mieli przepis, który by im pozwalał zapłacić mandat, to może i by nie narzekali. Ale nakazać im płacić mandatów nie można, ponieważ sędziowie niejednokrotnie w swojej pracy oceniają policjantów – wyjaśnia Maciej Strączyński.

– Sędziego, który negatywnie oceni działania policji, mogłaby potem spotkać w drodze do domu „przypadkowa” seria kontroli drogowych. Poza tym ten, kto odmawia przyjęcia mandatu, musi stawać przed sądem, a co do sędziego i tak musiałby to być sąd dyscyplinarny – dodaje prezes „Iustitii”.