Od ostatnich wyborów samorządowych w 2010 roku przeprowadzono 46 referendów w sprawie odwołania władz: dwa dotyczyły rady gminy, 31 wójta, a 13 i wójta, i rady.

– Powodzeniem zakończyło się tylko pięć. Jeśli jednak była osiągnięta wymagana frekwencja, to ponad połowa mieszkańców głosowała za odwołaniem organu. Pozostałe referenda uznano za nieważne – wylicza Mirosław Bogdanowicz z zespołu prawnego i organizacji wyborów PKW.

Za wysokie progi...

Ustawa o referendach lokalnych (Dz.U. z 2000 r. nr 88, poz. 985 ze zm.) określa m.in. próg poparcia, jaki musi zostać spełniony dla przyjęcia wniosku o referendum, jak i wysokość frekwencji, jaka musi zostać osiągnięta, by uznać je za ważne. Jest on inny dla każdej gminy i wynosi 3/5 liczby tych, którzy wzięli udział w ostatnich wyborach samorządowych.

– Uznano, że zamiast stosowania sztywnego wymogu 30 proc. frekwencji lepiej powiązać próg ważności referendum z poziomem faktycznego zaangażowania mieszkańców – mówi dr Kazimierz Bandarzewski z Katedry Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

– W wyborach samorządowych bierze udział średnio ok. 40 proc. mieszkańców, więc wymóg uzyskania 3/5 tej puli nie jest zbyt wygórowany. Jednak praktyka pokazuje, że i tak bardzo rzadko udaje się go przeskoczyć – dodaje ekspert.

Tak było np. ostatnio w Starachowicach, gdzie rządzi prezydent Wojciech B., któremu grozi 10 lat więzienia. Mimo że 90 proc. głosujących opowiedziało się za jego odwołaniem, to do urn poszło zbyt mało mieszkańców, aby referendum było ważne. Zdarzają się nawet sytuacje, w których głosy oddaje mniej osób niż podpisało się pod wnioskiem o przeprowadzenie głosowania. W efekcie aktywna mniejszość staje się zakładnikiem biernej większości.

– Ci, którzy chcą coś zmienić, natrafiają na mur bierności. Można by się zastanawiać, czy jeszcze tego progu nie obniżać. Powstanie jednak wtedy kwestia, czy to nadal będzie opinia mieszkańców, czy też tylko garstki osób, które z mniej lub bardziej zasadnych powodów chcą zmiany władzy – wskazuje dr Bandarzewski.

Być może jednak zniesienie wymogu osiągnięcia kworum paradoksalnie przyczyniłoby się do zwiększenia frekwencji. Wówczas ci, którzy są przeciwnikami zmian, musieliby to wyrazić poprzez czynny udział. Dziś wystarczy, że nie ruszą się z domu.

– To dyskusyjne. Bez przeprowadzenia badań trudno jednoznacznie stwierdzić, czy przełożyłoby się to na wzrost frekwencji – uważa jednak dr Karolina Wojciechowska, administratywista z Uniwersytetu Warszawskiego.

– Stanowczo opowiadałabym się przeciwko likwidacji kworum, ale kwestia ustalenia wysokości progu jest otwarta. Nie można jednak dopuścić do sytuacji, że władze wybiera 100 tys. ludzi, a odwołuje 5 tys. – ostrzega ekspertka.

Niedojrzali obywatele?

Choć, jak przyznaje dr Marcin Zarzecki, socjolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, realizowanych jest wiele badań w zakresie aktywności obywatelskiej, jednak małe zainteresowanie referendami nie było dotąd przedmiotem ich zainteresowania.

– A przecież uruchomienie procedury zniesienia ze stanowiska danego przedstawiciela władzy jest ewidentnie przejawem samorządności – przyznaje dr Zarzecki i dodaje, że powinno się przeprowadzić badania, by ustalić, z czego wynika apatia wyborców.

– Nie odczytywałbym tego jako niedojrzałości obywatelskiej. Skłaniałbym się raczej do zrzucenia tego na karb relacji w małych społecznościach. Mieszkańcy widzą często w próbie odwołania wójta skok na władzę inicjatorów referendum– ocenia socjolog.

– W każdej społeczności lokalnej istnieje tylko wąska grupa osób świadomych obywatelsko i prawnie, które wiedzą, że istnieją odpowiednie instrumenty prawne do zmiany władz. Jeśli nałożymy na to powszechną niechęć Polaków do bezpośredniego zaangażowania w życie społeczne (na poziomie 70 proc.), to mamy pełen obraz. Raczej zadzwonią do radia czy napiszą do gazety lub podpiszą petycję, niż pójdą na demonstrację czy wybory – podkreśla Zarzecki.

Jego zdaniem wymóg osiągnięcia kworum stanowi i stanowić powinien rodzaj filtru zasadności odwołania władzy.

– W przypadkach, gdy poziom zepsucia władzy (nadużyć, korupcji, nepotyzmu) został przekroczony, wywołuje to w mieszkańcach na tyle duży gniew, że próg zostaje osiągnięty. W przeciwnym wypadku problem nie jest zapewne odbierany jako rzeczywisty, lecz jako wydumany lub dotyczący mniejszości. Podawana za przykład absurdu sprawa prezydenta Starachowic nie wzbudza powszechnego potępienia mieszkańców, bo widocznie nie uznali jej oni za na tyle skandaliczną, by pójść do urn – zauważa socjolog.