Dziennikarz Andrzej Marek, skazany przez polski sąd za napisanie tekstu obrażającego urzędnika z Polic, poskarżył się Trybunałowi Praw Człowieka. Ten zasugerował stronom ugodę, której termin mijał wczoraj. Marek zdecydował się na ugodę, ale stanowiska nie zajął polski rząd. Według nieoficjalnych informacji będzie zabiegać w Strasburgu o przedłużenie terminu. Jeśli doszłoby do ugody, Marek dostałby od rządu półtora tysiąca euro zadośćuczynienia.

– Wtedy też sprawa zostanie zakończona. Tradycyjna rozprawa już się nie odbędzie – wyjaśnia dr Ireneusz Kamiński, ekspert prawny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Dodaje, że byłby to prawdziwy przełom w sprawach, które dotyczą ograniczania wolności słowa.

Sugestie trybunału

Cała historia rozpoczęła się w 2002 roku. Wtedy Marek napisał tekst, którym obraził bohatera tekstu – urzędnika z Polic. Sąd skazał dziennikarza na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu, jeżeli ten nie przeprosi urzędnika. Andrzej Marek odmówił i poszedł do aresztu. Ukaranie dziennikarza wzbudziło dyskusję na temat wolności słowa i prawa do krytyki oraz wywołało liczne protesty w środowisku dziennikarskim. Sprawa trafiła do Strasburga, a ten 22 września tego roku wysłał do stron pismo, w którym zaproponował zawarcie ugody. Trybunał stwierdził jednocześnie, że według niego Polska naruszyła wolność słowa.

– To dla rządu czytelna sugestia, jak może zakończyć się ta sprawa, gdyby doszło do rozprawy – komentuje dr Kamiński. Zwykle trybunał jest bardzo liberalny i opowiada się po stronie dziennikarzy. By nie rozpatrywać po raz kolejny podobnej sprawy, zaproponował więc stronom skorzystanie z nowej procedury.

– Możliwość zawarcia ugody to bardzo dobry pomysł. Rozwiązywanie konfliktów w ten sposób może się okazać prostsze, szybsze i jednocześnie satysfakcjonujące dla obu stron – komentuje dr Kamiński. Dodaje, że stosowanie tej procedury odciążyłoby także trybunał. Dziś leży tam 160 tys. skarg.

Opinia trybunału znacznie różni się od polskiego orzecznictwa. W naszym kraju sądy surowo karzą dziennikarzy i internautów, którzy zbyt swobodnie wypowiadają się na temat urzędników. Przykładem sprawa Łukasza Kasprowicza, który komentował na blogu działania burmistrz Mosiny. Nie zostawił na niej suchej nitki. Co więcej, nazwał ją „tapirowanym kundlem” i „esbeckim pomiotem”. Sąd Rejonowy w Poznaniu skazał blogera na 10 miesięcy ograniczenia wolności, 300 godzin prac społecznych, grzywnę i zakaz wykonywania zawodu dziennikarza.

– Wydaje mi się, że ta tradycja będzie musiała ulec zmianie – komentuje prof. Marian Filar, specjalista od prawa karnego. Dodaje, że najwyższy czas, by dać mediom w naszym kraju możliwość realnego kontrolowania organów władzy i administracji, co jest ich podstawowym zadaniem.

Granice wolności słowa

Specjaliści zaznaczają, że sugestia trybunału w Strasburgu nie oznacza, że dziennikarze czy internauci w imię wolności słowa mogą napisać wszystko. Teksty powinny być przede wszystkim rzetelne, a informacje sprawdzone. Autor krytycznego tekstu powinien także unikać znieważających i wulgarnych sformułowań, które są przejawem jedynie złośliwości, nie odgrywają natomiast informacyjnej roli. Innym ograniczeniem są także tajemnice państwowe.

– Pozwolenie dziennikarzom na ujawnianie, że np. nasze państwo kupiło od innego rakietę, byłoby oczywiście przesadą – dodaje Filar.