Rok wcześniej dziennikarki tygodnika przeprowadziły rozmowę z jednym z posłów. Po jej wiernym spisaniu przesłały do wglądu politykowi. Rozmówca zrezygnował z autoryzacji. Jego zdaniem znaczne skróty (z 40 do 3 stron) wypaczyły charakter wypowiedzi. Mimo to wywiad trafił do druku, a oburzony polityk złożył w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Sprawa została warunkowo umorzona ze względu na znikomą szkodliwość społeczną, a redaktor musiał zapłacić 1 tys. zł na cel społeczny. Nie było to jednak równoznaczne z tym, że przestępstwa nie popełnił.

Uchwalone w 1984 r. prawo prasowe przewiduje w art. 14 ust. 2, że dziennikarz nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana. Publikacja wypowiedzi mimo zgłoszonego żądania autoryzacji to z kolei przestępstwo z art. 49 prawa prasowego zagrożone grzywną lub ograniczeniem wolności.

Możliwość karania dziennikarzy łamiących zasady autoryzacji okazała się dla strasburskiego trybunału bezpodstawna. W wydanym wczoraj orzeczeniu podkreślił on, że polskie prawo prasowe zostało przyjęte jeszcze przed upadkiem systemu komunistycznego w Polsce w 1989 roku. W jego ramach natomiast wszystkie media były poddawane cenzurze prewencyjnej. Z kolei art. 14 ust. 2 i 49 nigdy nie był przedmiotem żadnej poprawki.

– Wyrok trybunału w Strasburgu dotyczy jedynie sprawy redaktora Jerzego Wizerkaniuka. Polska jest jednak członkiem Rady Europy i musi respektować europejskie przepisy. Przepisy o autoryzacji, na podstawie których został ukarany Jerzy Wizerkaniuk, powinny przestać obowiązywać w naszym kraju – podkreśla dr Michał Zaremba z Uniwersytetu Warszawskiego, autor skargi do ETPC.

W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają właśnie prace nad projektem zmian w prawie prasowym.

– W projekcie nadal można jeszcze znaleźć przepisy dotyczące autoryzacji. Nie powinniśmy tworzyć regulacji, które rodzą aż tak poważne wątpliwości, są niejasne i bardzo trudne do stosowania – podkreśla dr Michał Zaremba.

Podobnych do polskich przepisów dotyczących autoryzacji nie ma dzisiaj w żadnym z krajów Unii Europejskiej. Dziennikarze odpowiadają tam jedynie za próby manipulacji czy nierzetelne przytoczenie wypowiedzi w opublikowanym już tekście.