■  Rozpoczyna się nowy rok szkolny, ale już pod rządami nowego ministra. Czy samorządy odetchną?

- Mam nadzieję. Od ponad ośmiu lat jestem członkiem komisji wspólnej i w tym czasie współpracowałem z ośmioma wiceministrami edukacji. Moje doświadczenie jest zatem spore. Jednak ostatni rok, z punktu widzenia spraw ważnych dla samorządów, należał do najtrudniejszych.

■  Dlaczego?

- Co chwilę byliśmy zaskakiwani nowymi pomysłami, o których dowiadywaliśmy się z mediów. Większość z nich nie jest zła, tylko wymaga dopracowania.

■  Mundurki to dobry pomysł?

- W moim przekonaniu sama idea wprowadzenia mundurków nie jest zła. Z pewnością zdyscyplinuje nieco młodzież, która obecnie potrafi przyjść do szkoły w stroju odpowiednim na dyskotekę. Bardzo pozytywnie oceniam dofinansowanie monitoringu w szkołach. Niewiele samorządów może pozwolić sobie na zakup kamer, komputerów i monitorów z odpowiednim oprogramowaniem. Tymczasem monitoring poprawia bezpieczeństwo. W tym roku także więcej uczniów otrzyma dofinansowanie na zakup podręczników.

■  Współpraca jednak układała się źle.

- Te pomysły są dobre, ale wymagają dopracowania. Wiele kontrowersji budzi sposób ich realizacji. Na wprowadzenie każdego pomysłu samorządy potrzebują trochę czasu. Muszą bowiem przygotować się do realizacji nowych zadań. Tymczasem listy osób uprawnionych do pomocy na zakup podręczników i mundurków musieliśmy sporządzić w lipcu, kiedy uczniowie i dyrektorzy szkół mieli wakacje. Rozporządzenie w sprawie dofinansowania weszło w życie dopiero pod koniec czerwca. Oczywiście wywiązaliśmy się z zadania, ale jakim kosztem. Gminy, zwłaszcza wiejskie nie dysponują aparatem urzędniczym, który z dnia na dzień byłby gotowy do tak dużych przedsięwzięć. Ponadto urzędnicy nie zajmują się tylko prowadzeniem szkół, mają także inne zadania. Zarządzają inwestycjami, gospodarką komunalną, pozyskują fundusze unijne. Tymczasem wszystko jest wprowadzane w atmosferze nerwowości i pośpiechu.

■  Mundurki są obowiązkowe już od września. Wtedy też trzeba mieć podręczniki.

- Czy trzeba było jednak wprowadzać jednolite stroje już od września? Można było przecież przewidzieć jakiś okres przejściowy. Zresztą z pewnością w większości szkół pierwszy miesiąc będzie bez mundurka. Rodzice nie otrzymują też funduszy na zakup podręczników. Jest to tylko refundacja poniesionych kosztów. Zatem dofinansowanie i mundurków, i podręczników można było spokojnie zrealizować na początku roku szkolnego.

■  Mundurki i podręczniki to jednak nie jest najważniejszy problem?

- To prawda.

■  Która decyzja ministra Romana Giertycha była najbardziej kontrowersyjna?

- Samorządy najdotkliwiej odczują podwyżki dla nauczycieli, ponieważ będą musiały dopłacić do nich z własnej kieszeni.

■  Syliwa Sysko-Romańczuk, wiceminister edukacji, twierdzi jednak, że samorządy przesadzają. Z jej wyliczeń wynika, że subwencja oświatowa została podwyższona dokładnie o koszt podwyżek.

- Pani minister sama wyliczyła, że jeden procent podwyżki kosztuje 340 mln zł, czyli 5-proc. podwyżka równa się 1,7 mld zł. Mniej więcej o taką kwotę została zwiększona tegoroczna subwencja oświatowa (w tym roku wynosi 28,2 mld zł, a w 2006 roku - 26,6 mld zł - dopisek redakcji). MEN w swoich obliczeniach nie uwzględnia jednak dodatków będących pochodną wynagrodzenia zasadniczego, a zgodnie z Kartą Nauczyciela wypłacanych przez samorządy. Resort bierze pod uwagę tylko koszt podwyżki wynagrodzenia zasadniczego. Jeśli jednak zsumuje się koszt zwiększenia wynagrodzenia zasadniczego i wynikający z tego wzrost wysokości pochodnych, to okazuje się, że podwyżka wynosi nie 5, tylko 7 proc. Samorządy będą musiały zatem dopłacić do tegorocznej podwyżki. W efekcie zabraknie funduszy na remonty czy dodatkowe zajęcia.

■  W takim razie wysokość subwencji oświatowej jest źle obliczana?

- Subwencja jest niedoszacowana. Od kilku lat apelujemy o zmianę sposobu wyliczania i podziału subwencji oświatowej. Wysokość tegorocznej subwencji, po odjęciu kosztów podwyżek dla nauczycieli, nie uwzględnia nawet inflacji. Naszym zdaniem subwencja jest niedoszacowana o prawie 2 mld zł. W poprzednich latach dostawaliśmy bowiem dodatkowe zadania bez wsparcia finansowego. Za ich realizację musieliśmy płacić z własnych dochodów.

■  W resorcie został jednak powołany zespół, który ma opracować nowy system finansowania oświaty.

- W końcu został powołany.

■  Czego samorządy oczekują od zespołu?

- Przede wszystkim nikt nie dysponuje narzędziami, które pozwoliłyby precyzyjnie ocenić rzeczywiste koszty funkcjonowania i potrzeby finansowe oświaty. Dopiero trzeba je opracować i wówczas precyzyjnie wyliczyć, ile pieniędzy potrzeba na szkoły i jak powinny być one dzielone pomiędzy poszczególne jednostki.

■  Obecnie podział subwencji w dużej mierze uzależniony jest od liczby uczniów. Czy to jest zły wskaźnik?

- Uzależnienie wysokości subwencji od liczby uczniów jest oderwane od szkolnej rzeczywistości. Obecnie mamy niż demograficzny, który nie przekłada się na zmniejszenie zatrudnienia wśród nauczycieli. Kiedy ubywa 3-4 uczniów, liczba klas, a zatem i nauczycieli, nie zmniejsza się, ale wysokość subwencji tak. Dlatego mam nadzieję, że resort uwzględni koszt oddziału, a nie ucznia. Nauczyciel uczy bowiem konkretną liczbę uczniów. Dzięki temu też algorytm podziału subwencji powinien być przede wszystkim powiązany z liczbą nauczycieli. Ponadto resort powinien w końcu wyraźnie powiedzieć. czy zgadza się na likwidację małych szkół. Podczas wprowadzenia obecnego systemu finansowania były wyraźne wytyczne: pieniądze idą za uczniem, ale preferujemy duże, dobrze wyposażone szkoły ze świetnymi pedagogami. Każdy bowiem wie, że mała szkoła jest droga, a duża - tańsza w utrzymaniu.

■  Poprzedni minister nie ułatwił racjonalizacji sieci szkół.

- Tak. Pan minister, z niewiadomych powodów, zaangażował się osobiście w ochronę małych szkół. Z punktu widzenia samorządów było to nieroztropne i mało eleganckie. Tak naprawdę władcza publiczna wystąpiła przeciwko władzy publicznej. Ponadto minister wystąpił w obronie małej szkoły, w której nauka jednego ucznia kosztuje 8 tys. zł, mimo że budżet za jednego ucznia płaci tylko 4 tys. zł.

■  Czy kuratorzy przestali wyrażać zgodę na likwidację?

- Kuratorzy potraktowali zaangażowanie ministra jak wytyczną i wręcz bali się pozytywnie opiniować wnioski o likwidację szkoły. W efekcie samorządy, niezależnie od skutków finansowych, rezygnowały z racjonalizowania sieci szkół. Po prostu chcieli uniknąć niepotrzebnych awantur.

■  Pozostaje jeszcze problem Karty Nauczyciela. PiS obiecał ją zlikwidować, ale obietnicy nie dotrzymał. W perspektywie jesiennych wyborów szanse na jej zmianę są marne.

- Myślę, że czas pracuje na naszą korzyść. Karta Nauczyciela z roku na rok staje się dokumentem coraz bardziej anachronicznym, nawet w przekonaniu nauczyciela. W końcu dojdzie do sytuacji, że likwidacja Karty czy zastąpienie jej inną ustawą stanie się koniecznością oczywistą dla wszystkich. Wówczas nie będzie trzeba walczyć. Mam nadzieję, że taki moment nastąpi jak najszybciej.

■  Czy ma pan też jakieś nadzieje wobec nowego ministra?

- Niestabilność polityczna nie sprzyja dobrym zmianom w oświacie. Edukacja potrzebuje spokoju, a zmiany muszą być przygotowywane z dużym wyprzedzeniem, żeby nie przynosiły szkód. W tym się zgadzam ze związkami zawodowymi. W edukacji nie można zmieniać prawa co tydzień. Takie przekonanie powinien mieć każdy następny minister.

Ponadto o edukacji nie można decydować bez samorządów, bo to one odpowiadają za prowadzenie szkół. Mam nadzieję, że kolejni ministrowie zrozumieją, że trzeba z nami współpracować. Czasami myślę, że na jakiś czas ministrem edukacji powinien zostać sprawny urzędnik. Polska oświata potrzebuje bowiem prostych, jasnych decyzji porządkujących system. Tego brakuje nam najbardziej.

Rozmawiała JOLANTA GÓRA