Sąd Najwyższy uniewinnił sędziego obwinionego o kradzież 50 zł. Dla jednych to dowód na niezawisłość orzekających, dla innych na niezdolność do samooczyszczenia się środowiska.
Nagranie z monitoringu ze stacji paliw nie pozostawia złudzeń. Jak na dłoni widać, że sędzia Mirosław Topyła chowa do kieszeni banknot położony chwilę wcześniej na ladzie przez starszą kobietę. Odpowiedź na pytanie, czy zrobił to świadomie, czy przez pomyłkę, już taka prosta nie była. Sąd dyscyplinarny w I instancji ukarał wiceprezesa Sądu Rejonowego w Żyrardowie najwyższą możliwą karą – złożenia z urzędu. Sąd Najwyższy – po ponownej analizie dowodów i zleceniu dodatkowych opinii biegłych zmienił wczoraj wyrok i uniewinnił sędziego.
– Zgodnie z jedną z podstawowych zasad prawa karnego oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki wina nie zostanie mu udowodniona, a niedające się usunąć w drodze dowodowej wątpliwości ustawa poleca rozstrzygać na jego korzyść – przypomniała Agnieszka Piotrowska, sędzia SN. Te dotyczyły głównie kwestii, czy działanie sędziego było celowe, czy też było wynikiem roztargnienia.
– W ocenie SN nie ma żadnych dających się logicznie wyjaśnić przesłanek do przyjęcia, że obwiniony działał z zamiarem kierunkowym okradzenia tej starszej pani – tłumaczyła sędzia sprawozdawca. Sąd zwracał uwagę, że sędzia zabrał pieniądze w miejscu publicznym, w bezpośredniej bliskości kasjerki, właścicielki banknotu i pod okiem kamery.
ikona lupy />
Kary dyscyplinarne sędziów / Dziennik Gazeta Prawna
Zdaniem SN dokonanie w tych warunkach zuchwałej kradzieży stanowiłoby przykład rażącego lekceważenia prawa. – Musiałoby to świadczyć, że obwiniony jest osobą całkowicie zdemoralizowaną, nieodpowiedzialną, świadomie łamiącą nie tylko normy prawne, ale i wszelkie przyjęte społeczne kanony zachowania. Wręcz osobą kpiącą sobie z opinii publicznej, ryzykującą dla 50 zł całą swoją dotychczasową niewątpliwie nienaganną karierę zawodową, a także los swój i swojej rodziny. W świetle opinii biegłego nie ma żadnych przesłanek do takiej oceny obwinionego – uzasadniała sędzia Piotrowska.
W ciągu ostatnich 16 lat SN rozpoznał ponad 1 tys. spraw dyscyplinarnych sędziów. – Żadna z nich nie wzbudziła takiego zainteresowania jak sprawa sędziego Topyły – mówił po wyroku sędzia Wiesław Kozielewicz, przewodniczący składu. Widać było to nie tylko po liczbie tekstów czy komentarzy, ale także e-maili nadsyłanych do SN. Sędzia Kozielewicz, odczytał też list od osoby, która samą siebie określa jako poszkodowaną przez wymiar sprawiedliwości i „niespecjalnie płaczącą z powodu czystki w sądach”. „Pomimo tego uważam, że należałoby uczciwie ocenić to, co zrobił pan sędzia Topyła” – cytował dalej treść listu Kozielewicz wyliczając wątpliwości, jakie nasunęły się jego autorowi po obejrzeniu w internecie nagrania z monitoringu (sąd wyświetlał je na poprzedniej rozprawie).
Jednak większość komentarzy jednoznacznie przypisywała winę sędziemu Topyle. Dlatego podczas wczorajszego ogłoszenia wyroku SN podkreślał, że orzeka na podstawie dowodów, prawa i w zgodzie z sędziowskim sumieniem, niezależnie od głosów opinii publicznej.
Po wyroku obrońca sędziego mec. Bartosz Tiutiunik mówił, że nie ma wątpliwości, iż tego typu komentarze wciąż będą się pojawiać. – Jeżeli ktoś będzie chciał tego nagrania użyć w określonych celach politycznych, propagandowych, to i tak to zrobi, nie bacząc na wyrok i jego uzasadnienie. Jednak używamy albo argumentów prawnych, albo populistycznych. Ja cały czas wierzę, że decydują te pierwsze – mówił adwokat.
Eksperci podkreślają, że sposób prowadzenia sprawy w SN był modelowy. Jednak, jak zwraca uwagę adwokat Maciej Sawiński, m.in. przez to wyrok będzie miał negatywny wpływ na postrzeganie wymiaru sprawiedliwości.
– Nie dlatego, żebym uważał, że sędzia jest winny. Orzeczenie SN jest dowodem nierównego traktowania obywateli. Na podstawie dotychczasowego doświadczenia uważam, że gdyby obwiniony nie był sędzią, ten wyrok byłby zupełnie inny – wskazuje mec. Sawiński. – Praktycznie nie zdarza się, by sąd roztrząsał kwestię zamiaru sprawcy, gdy dysponuje dowodem takim jak nagranie, na którym widać, jak ktoś zabiera cudzą rzecz. Nawet w sprawach, w których oskarżonemu grozi bezwzględna kara kilku lat pozbawienia wolności, a nie tylko wydalenia z zawodu, sądy nie są tak chętne, by wątpliwości rozstrzygać na korzyść oskarżonego i pojmować domniemanie niewinności tak szeroko, by mając dowód z nagrania, uniewinniać z powodu braku zamiaru – dodaje.
Sam wyrok krytykuje Michał Woś, wiceminister sprawiedliwości, który określił go jako „zasmucający”. – Wszyscy na tym nagraniu mogą ocenić, jak to „roztargnienie” wyglądało. Dzisiejsze orzeczenie pokazuje tylko, jak ta reforma SN, zwłaszcza w zakresie powstania izby dyscyplinarnej w tym sądzie, była konieczna i potrzebna. Jak widać, środowisko samo o sobie decydujące nie do końca dobrze sobie z tym radzi – zarzuca wiceminister.
ORZECZNICTWO
Wyrok SN z 20 lutego br., sygn. akt SNO 37/17.