Jest tylko ślubowanie, w którym parlamentarzyści przysięgają rzetelnie i sumiennie wykonywać swoje obowiązki wobec narodu, a także czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli. A to oznacza, że wymagamy od nich mniej niż od rzemieślników. Tak, jak byśmy, oddając samochód do warsztatu, wskazywali, by kolor lakieru był dowolny, byle ładny, a amortyzatory przyjemne w  użytkowaniu. A mechanik przyrzekał, że tak właśnie uczyni. Każdy może to sobie – podobnie jak pomyślność kraju i dobro jego mieszkańców – interpretować, jak chce. I nie musi przy tym wykazywać choćby elementarnej staranności i dobrej woli.

Zeszły tydzień w Sejmie był teatrem cwaniactwa. Skoro żaden przepis ustawy nie wskazuje wprost, że poprawki zgłaszane do projektu należy głosować dopiero po tym, jak członkowie komisji zdołają się z nimi zapoznać – to nic nie stoi na przeszkodzie, by odrzucić je bez czytania. Skoro żaden przepis nie przesądza, że opozycja ma prawo wyczerpująco uzasadnić zgłaszane wnioski, to nie ma sensu jej na to pozwalać. Żadna ustawa nie wymaga od posłów działania z należytą starannością i przy zastosowaniu najwyższych standardów – tak jak wymaga się tego pod groźbą odpowiedzialności od przedsiębiorców, podatników, zamawiających w  przetargach. Problem w tym, że gdyby dowolna rada miasta podejmowała uchwałę dotyczącą czipowania psów w sposób, jaki zademonstrowała komisja sprawiedliwości w pracach nad fundamentalnymi ustawami o SN i KRS, samorządowcy w ciągu kilku dni mieliby na głowie wojewodę i kontrolę NIK. My mamy transmisję z Wiejskiej, podczas której posłanka prawniczka przyznaje, że poprze jaskrawie niekonstytucyjną poprawkę, bo taka jest polityczna wola jej ugrupowania. Wolno jej, bo reprezentuje suwerena.

Wypadałoby w komisjach wyborczych przynajmniej wywiesić ostrzeżenie: „Po odejściu od urny reklamacje nie będą przyjmowane”.