Głównie dlatego, że nie potrafimy sami się porozumieć się z drugą stroną. Idziemy tam po pomoc, gdy nie umiemy sami rozwiązać sporu, po to, by sąd ostatecznie i władczo rozstrzygnął go mocą swego urzędu. Choć mamy świadomość konieczności istnienia sądów, genetycznie nie lubimy władzy. Zwłaszcza gdy bywa arogancka, co w sądach niestety zdarza się dość często.

Rozumieją to politycy. Im arogancja jest niezwykle bliska. Inaczej niż sędziowie muszą raz po raz poddawać się procedurze wyborczej. Tyle że w odróżnieniu od sędziów nie muszą nic umieć, co niestety radośnie udowadniają nam każdego dnia. Tu nie ma żadnych kryteriów kompetencyjnych. Wystarczy partyjna wierność lub pięć minut celebryckiej popularności i poseł gotowy. Ba, wśród kryteriów kompetencyjnych na stanowisko wiceministra sprawiedliwości próżno byłoby szukać umiejętności poprawnego posługiwania się językiem polskim, nie mówiąc już o ukończeniu studiów prawniczych. W odróżnieniu od sędziów posłowie nie muszą spełniać żadnych kryteriów dotyczących trybu życia. Parlamentarzysta nie musi mieć „nieskazitelnego charakteru”. Ten charakter w praktyce często bywa daleki od niedościgłego sędziowskiego wzorca, co zresztą wcale nie przeszkadza „wiecznym posłom” odnosić sukcesów w kolejnych wyborach. Kampania wyborcza to wszakże konkurs na najsprawniejszą dezinformację. Polega na omamieniu wyborców, że głosują na osobę przyzwoitą i kompetentną.

Pilnowanie interesów posłów ułatwia najsilniejszy immunitet znany w polskim prawie. Materialny, związany ze sprawowaniem mandatu, jest nie do wzruszenia – nie można go uchylić. Immunitet formalny, wprawdzie teoretycznie może zostać uchylony, ale tylko za zgodą kolegów posłów. Jeśli poseł jest przedstawicielem większości parlamentarnej, w praktyce koledzy uniemożliwią oskarżenie. Gdyby nawet było inaczej, od czego jest prokuratura kierowana przez polityka partii rządzącej. Instytucja publiczna mająca gigantyczną władzę, politycznie dziś podporządkowana. A ponieważ jest kontrolowana przez rząd, nie znalazła się na celowniku finansowanej z pieniędzy publicznych propagandowej kampanii przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. Wspieranej przez rząd, zgodnie z oświadczeniem jednego z czołowych polityków partii rządzącej.

Kampania ma tylko jedno zadanie. Zohydzić w  oczach społeczeństwa, i tak mocno już dziś nadszarpnięty, wizerunek sądów. Pokazać, że i w tym środowisku zdarzają się patologie, skrzętnie zarazem skrywając patologie poselskie. Po to tylko, by uzasadnić polityczne podporządkowanie sądów partii rządzącej. Po to, by politycy uzyskali realny wpływ na sądy, ostatecznie eliminując konstytucyjny trójpodział władzy. By zarazem w konsekwencji usunąć ostatni zawór bezpieczeństwa kontrolujący przedstawicieli władzy. By poseł, nawet w przypadku ewentualnego uchylenia immunitetu, mógł stanąć przed sędzią zależnym od partyjnej większości.

Za tę propagandę zapłacić musi każdy obywatel, wszak środki pochodzą z darowizn przekazanych przez spółki Skarbu Państwa. Oddały część swojego dochodu, by wygenerować słupki poparcia potrzebne do zrealizowania niekonstytucyjnych projektów. Bo z perspektywy polityka, jeśli istnieje poparcie społeczne, to ryzyko płynące z naruszeń konstytucji jest niewielkie. Wybór większości kontrolującej uchylenie immunitetu, prokuraturę i sądy pozwoli w  praktyce uchronić się przed konsekwencjami naruszenia konstytucji i ustaw. Dlatego warto, nawet z naruszeniem przepisów prawa, wydać publiczne pieniądze na oblanie pomyjami konstytucyjnych organów trzeciej władzy. By zohydzić ostatni niezależny ośrodek władzy, który mógłby politykom zagrozić. Taka jest polityczna logika deprecjonowania sądów za nasze pieniądze. Podważanie społecznego zaufania do sądów godzi w podstawy funkcjonowania państwa.

Dlatego – oceniając kampanię – nie ma sensu mówić o łamaniu prawa. O źródłach finansowania działalności publicznej, zwłaszcza politycznych kampanii, nie mówiąc już o kampaniach wyborczych. O naruszeniu prawnych ograniczeń reklamy. O reklamie wprowadzającej w błąd. O  reklamie naruszającej dobre obyczaje. O reklamie porównawczej. O zasadzie celowości wydatkowania pieniędzy publicznych. O konstytucyjnej zasadzie legalizmu mającej ograniczać władzę. O zasadzie równoważenia się władz i obowiązku poszanowania każdej z nich. Bo zasady i ograniczenia prawne wyprzedza dziś bezczelna zasada praktyczna: „Jakeś złodzieju nie dał się złapać i osądzić, to nie ma przestępstwa”. Co z tego, że prawnicy będą mówić o  oczywistych naruszeniach prawa, skoro dziś system jest tak kształtowany, by stworzyć nową „grupę trzymającą władzę”. Tylko tym razem taką, która przed nikim ma nie odpowiadać.

Cała kampania dowodzi, jak silna jest determinacja polityków partii rządzącej, by zdjąć z siebie prawne ograniczenia. Realne i praktyczne. By uderzyć tym razem nie w prawo w książkach, lecz w prawo w działaniu. By pokazać społeczeństwu bezsensowną i kłamliwą tezę, że sędziowie są źli. To oczywiste, że sędziowie są różni. Znamy i mądrych, i głupich, przyzwoitych i  nieprzyzwoitych, rzetelnych i nierzetelnych, uprzejmych i aroganckich, skromnych i zadufanych w sobie, uczciwych i nieuczciwych. Jak w każdym zawodzie. W tym również w zawodzie polityka. Ale społeczeństwo powinno wiedzieć, że potrzebne zmiany w wymiarze sprawiedliwości wymagają zmian systemowych, a  nie personalnych. Że trzeba je przeprowadzać rozważnie, spokojnie i całościowo. Bo naprawa wymiaru sprawiedliwości to praca na żywym organizmie. Gdy staną sądy, stanie całe państwo. Że liczba sędziów, którzy potrafią zgodnie z prawem sądzić, nie jest nieograniczona. Że nie da się politycznie podległymi dyletantami obsadzić wymiaru sprawiedliwości. Bo przeprowadzając zmiany, trzeba wyeliminować zagrożenie, że sądy staną. Tak jak stanął Trybunał Konstytucyjny. Nie mówiąc już o jakości sądzenia.

I mądrzy, i głupi popełniają błędy. Człowiek mądry tym jednak różni się od głupiego, że z raz popełnionych błędów wyciąga wnioski. Jeśli takich wniosków z dotychczas przeprowadzonych „reform” politycy nie wyciągną, to tym razem Polak głupi będzie i przed szkodą, i po szkodzie.