Do Systemu Rejestrów Państwowych (SRP), czyli bazy danych o Polakach, mają trafić cztery nowe kategorie informacji: paszportowe, baza uaktualnionych danych wyborców, baza bezpośrednich kontaktów do obywateli oraz informacje o faktycznym składzie gospodarstw domowych.
ikona lupy />
Liczba spraw które załatwiono w SRP w 2016 roku (tys.) / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
prof. Dariusz Jemielniak twórca grupy NeRDS (New Research on Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego / Dziennik Gazeta Prawna
Takie plany mają Ministerstwo Cyfryzacji i Centralny Ośrodek Informatyki. SRP to system, dzięki któremu w dowolnej gminie możemy złożyć wniosek o dowód osobisty, odebrać akt urodzenia, ślubu czy zgonu. Wcześniej trzeba było jechać do urzędu, który jest właściwy ze względu na nasze miejsce zameldowania. W założeniu system ma działać szerzej: docelowo numer PESEL oraz nazwisko mają wystarczyć urzędnikowi do obsługi obywatela w znacznie większej liczbie spraw.
– Rozbudowa będzie polegać na dodaniu nowych funkcjonalności. Najważniejszą z nich będzie moduł rejestru dokumentów paszportowych. Chcemy też stworzyć specjalny spis kontaktów do obywateli – tłumaczy dyrektor Centralnego Ośrodka Informatyki Monika Jakubiak. Dodaje, że szczególnie projekt „Rodzina 500 plus” pokazał, iż w przypadku błędu we wniosku składanym online urzędnikom najłatwiej jest zadzwonić do obywatela i poprosić o poprawki, ewentualnie wysłać informację e-mailem. – To dużo szybsze kanały informacji od tych oficjalnych. Znam przypadek, że urzędniczka znalazła obywatela na LinkedIn i w ten sposób się z nim skontaktowała. My chcemy tę sytuację uporządkować – wyjaśnia Jakubiak.
Według planów COI i MC w nowym rejestrze kontaktów umieszczone będą takie dane, jak numer telefonu komórkowego, e-mail i adres zamieszkania obywatela. Te ostatnie zostaną zaciągnięte ze spisów wyborców z gmin.
Kolejnym elementem rozbudowy SRP ma być tzw. parentyzacja. – Chodzi o spis gospodarstw domowych, ich liczebności i osób w nich funkcjonujących. Dziś nie mamy takich danych albo są one trudne do weryfikacji. A przecież są niezbędne przy wypłacaniu rozmaitych świadczeń społecznych. Tu skala wyłudzeń jest ogromna, a parentyzacja jest kluczowym elementem do uszczelnienia systemu – dodaje szefowa COI.
Wykonanie wszystkich tych zmian – jak zapowiada COI – to perspektywa trzech lat. Pieniądze mają pochodzić z dotacji w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Resort cyfryzacji czeka na zielone światło od Komisji Europejskiej. Sposoby zbierania danych kontaktowych do ludzi i parentyzacji wciąż nie są ustalone. Brane są pod uwagę takie rozwiązania, jak pobranie numerów komórkowych (niezastrzeżonych) od telekomów, uzupełnianie bazy danymi pozostawianymi przez obywateli podczas wizyt w urzędach czy budowanie bazy całkiem od początku.
Efekt: urzędnicy będą mieli dostęp do znacznie większej niż obecnie bazy danych o Polakach. Te informacje teraz też są zbierane, ale porozsiewane po różnych instytucjach. I często bardzo wrażliwe. Także dlatego parentyzacja będzie szczególnie trudna do przeprowadzenia.
– To nie tylko wyzwanie technologiczne, ale także społeczne, bo zebraniu i opisaniu mają podlegać prywatne dane obywateli. Ale to naprawdę w wielu aspektach będzie także dla nich pomocne, choćby ze względu na to, że w przyszłości może ułatwić kwestie dziedziczenia. Ułatwi także pracę urzędnikom w takich aspektach, jak pomoc społeczna czy zapewnienie dostępu do przedszkoli – wylicza Piotr Gajewski, dyrektor departamentu utrzymania i rozwoju systemów Ministerstwa Cyfryzacji.
Aby stworzyć taką dogłębną bazę, przede wszystkim trzeba pobrać dane z istniejących już baz: z urzędów stanu cywilnego, sądów rodzinnych, ZUS, baz wyborców w gminach, następnie je zweryfikować i wyłapać ewentualne błędy. – Kluczowe przy budowaniu tej bazy będzie powiązanie numeru PESEL dziecka z numerami rodziców. Dopiero od tego momentu będziemy mogli budować rejestr, który będzie miał dane pełne i pewne – kwituje Gajewski.
ROZMOWA
Kluczowe jest to, czy dane nie będą wykorzystywane politycznie
Coraz więcej danych obywateli trafia do państwowych baz danych. Czy jest jakiś próg, na którego przekroczenie byśmy się nie zgodzili?
Kluczowe jest to, czy dane o znaczeniu statystycznym albo usprawniające pracę urzędów nie będą wykorzystywane politycznie. To jest dziś jedna z podstawowych obaw i może dotyczyć nawet tego, jak choćby dane o składzie gospodarstw domowych. Sama w sobie ta informacja może być bardzo przydatna choćby dla opieki społecznej. Ale co w przypadku związków jednopłciowych i tego, czy informacja o nich nie pociągnie za sobą jakichś nieprzyjemności ze strony administracji? Na pewno normą już jest świadomość, że nowoczesne państwo powinno nie tylko mieć zebrane niezbędne informacje o obywatelach, ale także – co nie mniej ważne – dane te powinny ze sobą korespondować, czyli mieć praktyczne znaczenie. Ale jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach.
Gdy dekadę temu w Izraelu planowano uruchomienie państwowej bazy biometrycznej obywateli, wywołało to ogromne społeczne opory – głównie związane z prywatnością. Kilka miesięcy temu we Francji powstanie elektronicznej megakartoteki gromadzącej podobne informacje przekazywane przez obywateli przy okazji składania wniosków o paszport albo dowód osobisty oprotestowywano już dlatego, że obawy obudziło potencjalne włamanie do systemu. Przyzwyczailiśmy się do tego, że państwa zbierają o nas informacje i jedyne, na co zwracamy uwagę, to ich bezpieczeństwo?
Rzeczywiście jest silniejszy nacisk na kwestie wygody zbierania i bezpieczeństwa przechowywania danych w takich bazach. Stąd sukces Danii, gdzie w proces budowy e-administracji, także od strony tworzenia baz danych, wciągnięto banki i zakładając w nich konto, równolegle obywatel podaje swoje dane do baz rządowych. Z drugiej strony państwa zaczynają eksperymentować z nowymi metodami przechowywania i udostępniania urzędnikom informacji z baz. W Estonii eksperymentuje się już nawet z technologią blockchain w tym zakresie.