Ministerstwo Środowiska w zeszłym tygodniu przeforsowało pomysł, by gminy decydowały o odpadach na swoim terenie. Co to oznacza dla samorządów?

Unia Metropolii Polskich, podobnie jak inne organizacje samorządowe, od lat zabiegała o przekazanie gminom władztwa nad odpadami komunalnymi. Chcemy wziąć ten kłopot na siebie, bo nie ma innego sposobu, by zagospodarować odpady w sposób zgodny ze współczesnymi standardami ekologicznymi. Pokazała to praktyka państw starej Unii Europejskiej. Gdy gminy otrzymają władztwo nad śmieciami, system stanie się szczelny. Będziemy gospodarować odpadami stałymi, podobnie jak gospodarujemy odpadami ciekłymi. Ujmiemy je w szczelną rurę i w oczyszczalni zrobimy z nimi to, czego wymagają normy współczesnej ekologii.

Dlaczego już teraz tak nie jest?

W Polsce ustawodawca do tej pory ulegał złudzeniu, że wszystko załatwi wolny rynek. I rzeczywiście – rynek działa. Działa jego podstawowa zasada: maksymalizacja zysku przy możliwie niskich nakładach. Z rynkowego punktu widzenia najlepiej zagospodarować śmieci za darmo, a jeśli już trzeba zapłacić, to za usługę najprostszą, czyli za wywiezienie na wysypisko. Według szacunków od 30 proc. do 50 proc. odpadów komunalnych wytwarzanych w Polsce gdzieś znika i w ogóle nie trafia do systemu. A z tej części, którą rejestrujemy, 95 proc. jedzie na wysypisko bez żadnego przetworzenia. I nie pomagają nakazy administracyjne, a podnoszenie opłat na wysypiskach tylko powiększa szarą strefę.

Jak ta zmiana wpłynie na przedsiębiorców, którzy obecnie świadczą usługi na małych rynkach lokalnych?

Troska o małych przedsiębiorców to ulubiony argument lobbystów wielkich firm zachodnich. W swoich krajach potrafiły one dostosować się do europejskich reguł, a w Polsce mają eldorado na wolnym rynku. W typowym dużym polskim mieście zezwolenie na wywóz odpadów komunalnych uzyskało kilkadziesiąt firm, ale tak naprawdę rynkiem rządzi kilku potentatów, niekoniecznie troszczących się o małych podwykonawców. Dziś gospodarka odpadami polega głównie na ich wożeniu. A przecież nie ma sensu, by na jednej ulicy w mieście hałasowały śmieciarki kilku firm, jak to się często dzieje. Zgodnie z założeniami przyjętymi przez rząd miasto powyżej 10 tys. mieszkańców będzie dzielone na strefy i dla każdej zostanie przeprowadzony przetarg na wywóz odpadów. Prostej pracy przewozowej będzie dzięki temu stosunkowo mniej. I bardzo dobrze. Zwiększy się natomiast zakres przetwarzania odpadów. W sumie liczba miejsc pracy w tej dziedzinie gospodarki wzrośnie.

Recykling kosztuje więcej niż składowanie odpadów. Ile więcej zapłacimy zatem za odbiór odpadów?

We wszystkich gminach, które już przejęły odpady na podstawie referendum, opłaty zmalały. I to mimo wzrostu masy odpadów i stopnia ich przetwarzania. Opłaty za odpady staną się dla radnych tak samo politycznym tematem jak płatności za wodę i ścieki. Obawiałbym się raczej ich nieracjonalnego zaniżania niż zawyżania. W przyszłości będzie można obniżać opłaty dzięki zyskom z różnych form przetwarzania śmieci. Na przykład w Szwecji, która ma fantastyczny recykling, opłaty mieszkańców są relatywnie niższe niż u nas. Dzieje się tak dzięki temu, że podstawą systemu energetycznego szwedzkiego miasta jest ekologiczna spalarnia śmieci.

Skąd gminy wezmą pieniądze na inwestycje do zagospodarowania odpadów?

Niektóre miasta załapią się jeszcze na pomoc unijną na lata 2007 – 2013. Władztwo nad śmieciami zagwarantuje odpowiedni strumień odpadów. To ważne, bo dotąd z powodu braku tej gwarancji załamywały się inwestycyjne biznesplany. Po roku 2014 może być trudniej o pomoc z UE. Mamy jednak efektywny system własnych funduszy ochrony środowiska. Myślę, że w miarę kończenia inwestycji wodno-ściekowych te fundusze będą w większym stopniu kierowane na gospodarkę odpadami, która jest najbardziej zapóźniona – z winy dotychczasowej legislacji.