Rząd zareagował na presję Komisji Europejskiej, która chce zaskarżyć Polskę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości za stosowanie przepisów o złotej akcji i chce, by miały one zastosowanie wyłącznie w spółkach z sektora energii elektrycznej, ropy naftowej i paliw gazowych. Czy jednak przeniesienie starych metod kontroli do nowej ustawy to dobry krok?

Nie powinno to tak wyglądać. Można się wprawdzie spodziewać, że KE nie zakwestionuje nowego rozwiązania, niemniej znowu będzie ono nieskuteczne. Przyjęta metoda polega bowiem tylko na ograniczeniu zarządzania spółką, natomiast nie chroni jej przed wrogim przejęciem. No bo czym jest możliwość sprzeciwu ministra skarbu w razie wyzbywania się mienia przez spółkę lub przyjmowania planu działania niezaspokajającego polskich interesów energetycznych, jeżeli nie została poparta innymi mechanizmami?

Jakie mechanizmy ma pan na myśli?

Za rozsądny uważam mechanizm administracyjno-prawny, który przez regulatora rynku, czyli Urząd Regulacji Energetyki, wpływałby również na stosunki cywilnoprawne. To powinna być nowa regulacja prawa energetycznego, czyli tak jak słusznie przyjął rząd – ustawa sektorowa, choć inna niż przygotowana. Prawo energetyczne mogłoby odwołać się do mechanizmów obecnych w sektorze finansowym. Wówczas państwo nie musiałoby nawet być właścicielem udziałów, a wywierałoby wpływ na to, kto jest akcjonariuszem. Polegałoby to na wprowadzeniu obowiązku zawiadamiania o zamiarze bezpośredniego lub pośredniego nabycia lub objęcia udziałów, względnie znacznego pakietu akcji w spółce sektora paliwowo-energetycznego. Żeby można było dokładnie sprawdzić przyszłego akcjonariusza, podmiot zamierzający zawrzeć transakcję musiałby poinformować, ile akcji chce nabyć, z jakim prawem głosu, czy ma zamiary dotyczące zwiększenia swego udziału w spółce, jakie ma powiązania. Informacje obejmowałyby bowiem grupę kapitałową, do której należy.

A organ administracji mógłby się sprzeciwić wejściu do spółki jakiegoś podmiotu?

Miałby prawo wyrażenia sprzeciwu w formie decyzji administracyjnej, która podlegałaby kontroli najpierw wojewódzkiego sądu administracyjnego, potem NSA.

Więc kontrahent nie byłby bezbronny?

Właśnie. Niemniej państwu należałoby wyznaczyć w ustawie termin na wyrażenie sprzeciwu.