KATARZYNA WÓJCIK-ADAMSKA

W projekcie nowelizacji prawa prasowego resort kultury formułuje nową definicję prasy. Określa na przykład, że prasą nie jest również blog. Jakie są tego konsekwencje?

MICHAŁ ZAREMBA

Przede wszystkim nie wiadomo, co to jest blog. Ustawodawca tego nie definiuje. Zawartość blogów jest przecież bardzo różna. Są blogi prywatne – prowadzone na przykład przez nastolatków – ale także poważne blogi polityczne. Ustawodawca powinien się zastanowić, co właściwie chce osiągnąć. Ważniejsze niż to, jaka jest definicja prasy, jest to, po co się ją definiuje. Prasy internetowej nie da się zdefiniować precyzyjnie.

Do czego jest więc potrzebna definicja prasy?

Jeśli nakładamy na kogoś obowiązki, to definicja tych obowiązków powinna być jasna i precyzyjna. Na przykład, jeżeli za niepublikowanie przez wydawcę sprostowania, nakładamy sankcję karną, osoba zamieszczająca artykuły w internecie powinna wiedzieć, czy tworzy prasę. Internauci muszą mieć jasność, czy spoczywa na nich obowiązek publikacji sprostowania, czy mogą jej odmówić, bo ich twórczość nie mieści się w definicji prasy. Jeśli prasie przyznajemy jakieś prawa i obowiązki, na przykład prawo do tajemnicy dziennikarskiej, to należy zdefiniować, komu to prawo przysługuje. Sąd musi mieć podstawę do tego, żeby stwierdzić, czy zeznający może odmówić zeznań, czy nie, czy jest dziennikarzem, czy nim nie jest.

Początkowo Ministerstwo Kultury chciało, żeby każdy wydawca prasy internetowej ją rejestrował. Dlatego istotna była definicja. W ostatniej wersji nowelizacji postanowiono jednak, że prasę internetową można, ale nie trzeba rejestrować. Brak rejestracji nie będzie oznaczał, że strona internetowa nie jest prasą.

Po co więc wprowadzać możliwość rejestracji prasy internetowej?

Rejestracja będzie podnosiła prestiż. Status wydawcy prasy on-line będzie inny, jeśli okaże postanowienie sądu o rejestracji strony. Obowiązek rejestracji wszystkich wydawców prasy internetowej był kontrowersyjny.

Jakie są najpoważniejsze braki nowelizacji?

Podstawowym problemem nowelizacji jest to, że nie uwzględnia orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Trybunał ten w swoich wyrokach sformułował zasady, jakie są granice wolności słowa w państwie demokratycznym, jak powinno się relacjonować procesy sądowe. Sprecyzował też, na ile sobie dziennikarz może pozwolić i w jaki sposób może cytować wypowiedzi. Ta nowelizacja ignoruje dorobek Trybunału. Pozostawia na przykład art. 13, który uzależnia ujawnienie danych podejrzanego czy oskarżonego od zgody prokuratora albo sędziego. Trybunał Europejski stwierdził, że jeżeli oskarżonym jest polityk, to dziennikarz nie musi nikogo prosić o zgodę na podanie nazwiska.

Co więcej, w naszym prawie prasowym nadal funkcjonuje autoryzacja, której nie ma nigdzie w Europie i która jest rażąco sprzeczna z zasadami orzecznictwa Trybunału.

* dr Michał Zaremba jest zastępcą dyrektora ds. badań naukowych i współpracy z zagranicą z Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW