W wydanym wczoraj wyroku sąd w Luksemburgu uznał, że internetowy potentat z Kalifornii nadal może zarabiać na sprzedaży tzw. słów kluczowych dla sponsorowanego okna swojej wyszukiwarki. Pojawiają się w niej te firmy, które za ten przywilej zapłacą najwięcej.

Sprawę przeciwko Google’owi założył koncern LVMH, do którego należą luksusowe marki, m.in. Louis Vuitton, perfumy Dior i szampany Moet & Chandon. Firma twierdzi, że polityka internetowego potentata łamie prawa do zastrzeżonych znaków handlowych. Podkreślała, że ludzie poszukujący markowych produktów powinni w sponsorowanym oknie widzieć nie tylko odnośniki do firmy, która najwięcej zapłaciła Google’owi, ale też do produktów rywali.

Jednak sędziowie trybunału nie podzielili tego twierdzenia. Uznali, że sponsorowany system wyszukiwania, który stanowi dla Google’a podstawę zarobku, nie łamie żadnego prawa.

Sama firma na razie nie odniosła się do wyroku. Jednak zamieściła na swoim blogu opinię prawnika zajmującego się własnością intelektualną. – Trybunał w Luksemburgu uznał, że podstawą internetu jest wolny przepływ informacji – napisał Harjinder S. Obhi.

W Europie Google odniósł zwycięstwo, ale w Chinach musi zmierzyć się z ogromną krytyką. W poniedziałek amerykańska firma poinformowała, że wycofuje się z tamtejszego rynku i przenosi swoją wyszukiwarkę do Hongkongu, bo nie godzi się na dalszą cenzurę. W ten sposób spełniła groźbę ze stycznia.

Wczoraj Pekin oskarżył Google o złamanie wszelkich handlowych umów, a decyzję o wycofaniu nazwał „ogromnym błędem”. Przystąpił też do kontrataku: zablokował Chińczykom dostęp do tzw. wrażliwych treści, które chcieli wyszukać w przeniesionej wyszukiwarce. Dalej nie mogą się więc niczego dowiedzieć o Dalajlamie, Tybecie czy sekcie Falungong.

pc