Ale to już prehistoria. Teraz przyszło nowe. Zmienił się premier, zmienił się rząd. Nowym ministrem sprawiedliwości został Cezary Grabarczyk. I on wykazał się dużo większą empatią niż jego poprzednicy. Jedną z pierwszych jego zapowiedzi była ta o przywróceniu niemal wszystkich ze zlikwidowanych jednostek. I powód znów ten sam: troska o obywatela.

W przyszłym roku po raz drugi będziemy świadkami przykręcania tabliczek na budynkach sądów i wożenia akt z jednej miejscowości do drugiej. Część z petentów znów trafi na rozprawę nie do tego sądu, co powinna, a sekretariaty zajęte będą wymianą pieczątek i kopert. Cezary Grabarczyk podjął decyzję błyskawicznie. I to pewnie by mnie nie zastanawiało, gdyby nowy minister był z PiS, SLD albo chociaż z PSL. Ale on jest członkiem partii, która rządzi od siedmiu lat. Partii, która stała na stanowisku, że aby sądy zreformować, część z nich trzeba zlikwidować. Co się stało, że zmieniono kurs? Odpowiedź sama ciśnie się na usta. Wystarczy tylko zdać sobie sprawę z tego, że zapowiedź przywracania sądów zbiegła się z samorządową kampanią wyborczą. A decyzją tą PO pokazuje, że naprawdę wsłuchuje się w głosy lokalnych społeczności. Nawet gdy są one wyraźnie sprzeczne z jej linią polityczną.