Miejsce to samo co rok temu, ale – ze względu na większą liczbę zbadanych państw – wynik lepszy (z 5,3 do 5,5 punktu w skali 0 – 10, gdzie 10 dostają kraje najbardziej transparentne). Przegoniła nas Botswana, Portugalia i Urugwaj, ale w tyle zostawiliśmy wszystkich naszych sąsiadów, poza Niemcami. Wypada się więc cieszyć?

Niekoniecznie. Jednocześnie w minionym tygodniu zwinął się polski oddział Transparency International – międzynarodowa centrala odebrała mu swoje akredytacje, ale był to tylko ostatni gwóźdź do trumny obumierającej instytucji, która miała tropić korupcję. Zamiast tego – jak donosił przed dwoma laty „Dziennik” – użyczała za pieniądze swojego logo firmom w opałach, które powoływały się na nie w sporach z urzędnikami.

Wczoraj rzecznik rządu poinformował też o odwołaniu z funkcji Julii Pitery, pełnomocnika rządu ds. walki z korupcją. W expose sprzed czterech lat premier Donald Tusk mówił: „walka z korupcją będzie dla mojego rządu i dla tej koalicji celem nadrzędnym; będziemy z korupcją walczyć bezwzględnie i równie bezwzględnie będziemy chcieli tej korupcji przeciwdziałać. (...) Patrzę tu znacząco na panią minister Julię Piterę, której nasz rząd zlecił przygotowanie harmonogramu skutecznego przeciwdziałania korupcji (...)”. Na znaczących spojrzeniach się skończyło.

W premierowskim expose sprzed dziesięciu dni słowo „korupcja” nie padło już ani razu. Podobnie jak „nepotyzm”, „afera” czy „konflikt interesów”. Chciałabym wierzyć, że to zapowiedź, że w tym rządzie ustosunkowani biznesmeni nie będą pisać sobie ustaw. Ale czy to, że o czymś się nie mówi, oznacza, że tego nie ma?