Na szczeblach najwyższych organów władzy pojawił się spór, jakiego jeszcze nie było. Jest to spór między Trybunałem Konstytucyjnym a Sądem Najwyższym. I nie zagłuszą go pełne kurtuazji i ciepłych słów wypowiedzi podczas oficjalnych zgromadzeń.

Nie tak dawno SN podjął uchwałę, zgodnie z którą osoba podlegająca lustracji przez prokuratorów IPN nie może zasłaniać się immunitetem. TK, który analizował te same przepisy wcześniej, uznał natomiast, że postępowanie lustracyjne nosi istotne znamiona postępowania karnego, i tak jak przed zarzutami karnymi, przed lustracją można się bronić za pomocą immunitetu. Jedna lustracja, jeden immunitet, wnioski skrajnie różne.

Spory na najwyższych szczeblach władzy sądowniczej ujawniły się także przy okazji sprostowań prasowych. TK uznał, że przepisy o sprostowaniu nie wytrzymują już dzisiaj próby czasu i są niezgodne z konstytucją. Niedługo po tym SN rozpatrywał kasację rzecznika praw obywatelskich w sprawie ukaranego na podstawie tych przepisów dziennikarza. I uznał kasację za oczywiście bezzasadną. Sędziowie przyczynili się więc do utrzymywania wyroków opartych na przepisach uznanych za niekonstytucyjne.

I wreszcie stan wojenny. Uchwała SN głosiła, że sędziowie, który orzekali na podstawie przepisów stanu wojennego, byli tymi przepisami związani. W świetle wyroku TK, który dekrety o stanie wojennym uznał za sprzeczne z ustawą zasadniczą, uchwała SN przestaje mieć już dzisiaj jakiekolwiek znaczenie.

Nie jest dobre dla porządku prawnego, gdy dwie najwyższe sądowe instancje przemawiają odmiennym głosem, w tych samych sprawach. Wprowadza to do praktyki wymiaru sprawiedliwości dezorientację i atmosferę dowolności. Każdy po takich wyrokach może zadać pytanie, czy to jest jeszcze w ogóle stosowanie prawa, czy już prawnicze fantazjowanie. A takich ocen nasza trzecia władza potrzebuje dzisiaj najmniej. Bardziej potrzebny jest jej sędziowski okrągły stół.