Nie muszę nikogo przekonywać, że nasze budownictwo komunalne i socjalne od lat stoi. Właściwie nawet leży. Z dnia na dzień rosną kolejki najuboższych, którzy na dach nad głową czekają dziś nawet 7 lat. Gminy rozkładają ręce. Płaczą, że nie mają środków na kanalizację i benzynę dla straży miejskiej. A co dopiero na inwestycje komunalne. Do tego muszą przecież z własnej kieszeni wypłacać dodatki mieszkaniowe dla najuboższych. A wiadomo – z pustego i Salomon nie naleje.

I wreszcie mamy przełom. Rząd zauważył, że źle się dzieje. Że oprócz ubogich w czynszówkach są także rzesze lokatorów z zasobnym portfelem i własnym biznesem. Ktoś dostrzegł, że pani z ZGN, widząc jak lokator parkuje pod administracją nowiutką terenówką, nic nie może zrobić. Nie tylko sama ma związane ręce, nawet jej kierownictwo nie może wypowiedzieć najmu lub sprawdzić rzeczywistych dochodów lokatora, który macha najnowszym modelem komórki. Guzik mu można zrobić. Ma – jak wszyscy – umowę na czas nieokreślony. Jest nieusuwalny. Mało tego, nieusuwalna jest także jego najbliższa rodzina. Najem dzięki instytucji wstąpienia jest w Polsce praktycznie dziedziczny. Przechodzi z pokolenia na pokolenie. Resort infrastruktury chce zburzyć cały ten system – jednym ruchem. Na razie przedstawił założenia do projektu, ale Sejm ma uchwalić nowe przepisy jeszcze w tej kadencji. I jeśli rzeczywiście tak się stanie, czeka nas prawdziwe trzęsienie ziemi w zasobach gminnych. Resort chce wprowadzić umowy najmu na czas określony. Proponuje skończyć z dziedziczeniem czynszówek. Planuje ograniczenie dodatków mieszkaniowych i urynkowienie czynszów.

Jest jednak błąd w tej całej nowej filozofii mieszkaniowej – szara strefa. Ci, którzy oficjalnie nie mają nic, a nieoficjalnie bardzo wiele – wciąż będą mieszkać w mieszkaniach gminy. Ich nikt nie wyrzuci. A staruszkę, której dochód przekracza o 10 groszy ustalone limity – owszem. Zwłaszcza gdy na swe nieszczęście mieszka w atrakcyjnej kamienicy.