Niemal 30 zł rocznie dopłaci każdy z nas w związku ze zmianami, jakie rząd proponuje w prawie wodnym. W grę wchodzą m.in. opłaty za deszczówkę. – To zawsze kogoś zaboli – mówi wiceminister środowiska Mariusz Gajda.
ikona lupy />
Mariusz Gajda, wiceminister środowiska / Dziennik Gazeta Prawna
Pana resort opracował liczącą ponad 300 stron nowelizację ustawy – Prawo wodne. Zmienia opłaty za korzystanie z wód, wprowadza nowe, likwiduje zwolnienia m.in. dla zakładów energetycznych, powołuje do życia PGW Wody Polskie. Po co nam ta rewolucja?
Rewolucję systemową mieliśmy w 1989 r. Zmieniły się niemal wszystkie dziedziny życia, poza gospodarką wodną. Dotychczasowe, szczątkowe zmiany w tej dziedzinie były niewystarczające. Do kompleksowych zmian zmusiła nas Komisja Europejska w związku z ramową dyrektywą wodną. Polska, chcąc być w Unii, musi przestrzegać unijnego prawa. Jednym z niespełnionych dotąd przez nas obowiązków prawnych wobec UE jest niewypełnienie wspomnianej dyrektywy, w szczególności w zakresie tzw. zwrotu kosztu usług wodnych. Zasada ta mówi wprost: użytkownik wody płaci za nią. Do tej pory państwo nie zwracało aż takiej uwagi na stronę przychodową systemu. Poprzedni rząd przez kilka lat uzgadniał nowe prawo wodne, ale bez sukcesu. Teraz musimy nadrobić zaległości, a mamy czas tylko do końca pierwszego półrocza 2016 r. Jeśli nie przyjmiemy nowego prawa, nie będziemy mogli korzystać z pieniędzy unijnych w zakresie gospodarki wodnej i ściekowej, a ponadto grozi nam cofnięcie unijnych dotacji przyznanych nam w ramach programowania na lata 2007–2013. Obecnie nie możemy też korzystać z pieniędzy przeznaczonych na cele wodne przewidziane na latach 2014–2020.
Rozumiem, że chodzi nie tylko o pieniądze. Podobno w kraju zaczyna brakować wody?
Powinniśmy już zacząć się martwić. W Polsce mamy zbiorniki, które są w stanie zebrać tylko 6 proc. objętości wody, która spada w formie opadów. Średnia krajów europejskich to 30 proc. Tak jest i w Niemczech, choć np. w Bawarii tamtejsze władze już uznały, że to za mało, i uruchomiły program, który ma zmniejszyć ten odpływ do poziomu 50 proc. Tworząc nowe prawo wodne, chcemy zaprogramować tę część gospodarki na wiele lat, a nie tylko na zasadzie „od powodzi do powodzi”. W ostatnim czasie doświadczyliśmy także problemów suszy.
O Koniecpolu, w którym przez wiele miesięcy brakowało wody pitnej, mówiła do niedawna cała Polska. Interweniować nawet musiała premier Szydło.
Dlatego projekt ustawy przewiduje specjalny fundusz. Jeśli w jakiejś gminie z przyczyn naturalnych zabraknie wody, natychmiast uruchomimy fundusz, który sfinansuje niezbędne inwestycje.
Jak duży będzie i skąd będą trafiać do niego pieniądze?
Mówimy o całym systemie finansowym. To zawsze kogoś zaboli. Ale jeśli zależy nam na bezpieczeństwie powodziowym i skutecznym przeciwdziałaniu suszom, za wszystko trzeba zapłacić. Stworzymy organizację Wody Polskie wraz z jednostkami jej podległymi, trochę na wzór Lasów Państwowych. Głównym źródłem przychodów tej instytucji będą opłaty za pobór wody dla różnych celów, m.in. spożywczych, zaopatrzenia ludności, poboru dla przemysłu czy energetyki. Wiem, że budzi to emocje, ale takie opłaty są w większości krajów. W Czechach tak to działa już od lat 90., a ceny są wyższe niż te, które my zaprojektowaliśmy w ustawie. Opłaty mają służyć racjonalnemu wykorzystaniu wody.
Wszyscy będą płacić tyle samo czy stawki będą różne?
W ustawie podajemy maksymalne stawki, co oznacza, że mogą być niższe lub równe tym kwotom. Zaproponowane najwyższe stawki to za metr sześcienny najlepszej wody podziemnej nie więcej niż 1,64 zł, a wody powierzchniowej nie więcej niż 82 gr za metr sześcienny. Zaś do celów przemysłowych odpowiednio 2,10 i 1,05 zł za metr sześcienny. Chcemy też różnicować stawki w poszczególnych regionach Polski. Zależnie od zasobów wody na tym obszarze.
Czyli wyższe opłaty będą na przykład na Podkarpaciu, a niższe na północy kraju?
Tak. Proszę sobie wyobrazić, że do takiego Koniecpola przychodzi przedsiębiorca i mówi, że chce czerpać wodę podziemną. W pewnym momencie tej wody może zabraknąć. Dlatego w takich miejscach stawki powinny być możliwie najwyższe, by ten przedsiębiorca wybrał dla swojej inwestycji miejsce, w którym wody jest dużo. Jeśli mimo to zdecyduje się inwestować tam, gdzie wody jest mało, będzie musiał płacić wysokie opłaty. Chodzi o wprowadzenie takiej ceny, aby w regionach o niskich zasobach wodnych nie lokowano przedsięwzięć potrzebujących dużo wody.
W projekcie szacujecie roczne skutki finansowe w wysokości 29,50 zł na głowę mieszkańca. Skąd się biorą te wyliczenia?
Szacunek ten uwzględnia wzrost kosztów wody w gospodarstwach domowych oraz wzrost ewentualnych innych kosztów związanych z produkcją przemysłową i rolną. Założyliśmy, że te koszty zostaną przerzucone na obywateli, ale tak nie musi być. Rynek jest konkurencyjny. Litrowa butelka wody kosztuje ok. 1 zł. Natomiast przedsiębiorstwa produkujące tę wodę płacą 8 gr za tysiąc litrów, czyli metr sześcienny wody. Po wejściu w życie ustawy, firmy będą płacić za metr sześcienny maksymalnie 8 zł. Czyli w przeliczeniu na jeden litr mówimy o wzroście o 0,8 gr. Ten niecały grosz na litrze zostanie zapewne przerzucony na klientów.
A co jeśli ktoś zużywa wodę do podlewania ogrodu? Też czekają go podwyżki?
W Polsce stosujemy pojęcie zwykłego korzystania z wód, czyli do 5 m sześc. na dobę dla gospodarstwa. Jeśli ktoś ma własną działkę, a na niej studnię, do 5 m sześc. może korzystać z wody bez dodatkowych opłat. Zdaniem specjalistów wystarczy to do uprawy nawet kilku hektarów ziemi.
Jak będzie mierzone, ile ktoś zużył wody z tej studni?
Każdy będzie musiał mieć na studni wodomierz. Jeżeli przekroczy limit, będzie musiał zapłacić za tę nadwyżkę. Maksymalne stawki na potrzeby nawadniania gruntów i upraw w zakresie niebędącym zwykłym korzystaniem z wód, pobieranej za pomocą urządzeń technicznych, wyniosą: 1,64 zł za 1 m sześc. pobranej wody podziemnej, 0,82 zł za 1 m sześc. pobranej wody powierzchniowej.
Wcześniej zapewne sam będzie musiał kupić i zainstalować wodomierz?
Tak. To wydatek rzędu 50– –100 zł. Niestety, pewne koszty trzeba ponieść. Tak samo jak kierowcy muszą płacić za paliwo.
A co z mieszkańcami bloków, którzy nie mają ani studni, ani ogródka?
Bloki mieszkalne korzystają z wodociągów. A spółki wodociągowe już płacą za pobór wody 5–7 gr za metr sześcienny. Dla wody podziemnej niewymagającej uzdatnienia to maksymalnie 82 gr.
Czyli mnie, mieszkańcowi bloku, nie powinny wzrosnąć rachunki za wodę?
Wiele przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych ma zyski rzędu kilkudziesięciu milionów złotych. Bardzo często właścicielem wodociągu jest samorząd, a infrastrukturą zarządza spółka eksploatacyjna. To prowadzi do sytuacji, w której spółka osiąga zyski, ale nie inwestuje w wodociągi. Rolą samorządu będzie dopilnowanie, by nie przerzucać wszystkich kosztów związanych z poborem wody na mieszkańców.
Zmiany mają spowodować, że zaczniemy wreszcie oszczędzać wodę?
Tak. To główny cel. Racjonalne i oszczędne korzystanie. Dziś, gdy ktoś stara się o pozwolenie wodnoprawne, chociażby w celach przemysłowych, wylicza, że potrzebne mu są np. 2 m sześc. na sekundę, ale rezerwuje sobie 5 m sześc. Dlatego przewidujemy opłaty dwuskładnikowe, złożone z opłaty stałej i zmiennej, podobnie jak przy taryfach energetycznych, gdzie jest opłata za zamówioną moc i faktyczne zużycie. Chcemy, by podmiot starający się o pozwolenie wodnoprawne dwa razy się zastanowił, zanim zadeklaruje, ile rzeczywiście tej wody potrzebuje, by nie blokował innych użytkowników.
Projekt ustawy w dość enigmatyczny sposób wspomina o opłacie za wodę deszczową i roztopową na terenach zurbanizowanych. Czy to oznacza, że będziemy płacić opłatę za deszczówkę w każdym dużym mieście?
Przewidujemy maksymalną opłatę za metr sześcienny w wysokości kilku złotych rocznie za metr sześcienny wody. Na razie zdecydowaliśmy, że będzie to dotyczyć terenów o gęstości zaludnienia powyżej 1 tys. osób na kilometr kwadratowy. Być może potem to kryterium trzeba będzie zweryfikować. Chcemy, by opłata była zachętą do tego, by inwestować w rozwiązania, które pozwolą wykorzystywać deszczówkę. Większość lokalnych podtopień bierze się stąd, że przy intensywnym opadzie na terenach bez odpowiedniej retencji woda gwałtownie spływa. W Poznaniu przez brak takiej retencji skutkiem gwałtownych burz był 20-krotnie większy przepływ wody w tamtejszych mniejszych rzekach. Dlatego opracowaliśmy system, który zachęci do inwestowania w systemy retencyjne. Jeśli chodzi o opłaty, przewidujemy pewne progi. Jeśli w ogóle nie ma retencji, opłata będzie najwyższa. Dlatego zamiast np. wybrukować całe podwórko, lepiej będzie położyć specjalne kratki z trawnikiem.
Wyślecie w teren inspektorów, którzy zaczną odwiedzać osiedla, firmy i działki w celu oszacowania, kto i ile ma zapłacić za deszczówkę?
Nie, to najlepiej zrobią gminy. Samorządy, zbierając tę opłatę od ludzi, będą ją również ponosiły.
Już dziś gmina może ustanowić opłatę deszczową. Teraz będzie musiała to zrobić, a zyski przekazać do Wód Polskich?
Ustanowiona przez nas opłata nie będzie stała na przeszkodzie, by podobną opłatę ustanowił samorząd.
Czyli mieszkaniec zapłaci de facto dwa razy za to samo? Przecież taki Wrocław ma już od kilku lat opłatę deszczową w wysokości 1,59 zł brutto za metr sześcienny ścieków opadowych i roztopowych, odprowadzonych do kanalizacji deszczowej. Zyski przeznacza na utrzymanie infrastruktury. Jeśli miasto nie zrezygnuje z tej opłaty, gdy rząd wprowadzi swoje, opłata będzie podwójna.
Ale jeśli Wrocław będzie odprowadzał mniej wody do rzek, to praktycznie mieszkaniec nic nie będzie płacił. Są miasta, gdzie każdy większy deszcz kończy się podtopieniami. Chodzi o to, by woda nie była gwałtownie odprowadzana do rzek.
Samorządom przybędzie obowiązków i zapewne z tego względu negatywnie opiniują projekt. Ale mają też obawy co do szerokich kompetencji Wód Polskich. Związek Powiatów Polskich przestrzega, że Wody Polskie mają być ukształtowane jako najwyższa instancja administracyjna, co oznacza, że od wydanych decyzji nie przysługuje odwołanie, a jedynie wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy przez ten sam organ. To będzie często czynić Wody Polskie sędzią we własnej sprawie.
Wszystkie wnioski, np. o pozwolenia wodnoprawne, będą składane w najbliższej siedzibie nadzoru wodnego stanowiącego jedną ze struktur organizacyjnych Wód Polskich. Średnio będzie przypadać jeden nadzór wodny na 1,5 powiatu. Tam będą rozstrzygane najprostsze sprawy. Bardziej skomplikowane – w regionalnych zarządach gospodarki wodnej. W tej chwili na decyzję wodnoprawną czeka się od 4–5 miesięcy do nawet kilku lat. Moglibyśmy przewidzieć procedurę odwołania się od decyzji Wód Polskich np. do ministra środowiska, ale wtedy byśmy sparaliżowali jego pracę. Takich pozwoleń rocznie wydaje się ok. 30 tys., z tego odwołania dotyczą ok. 10 proc. z nich. To oznacza, że minister musiałby rocznie rozpatrywać 3 tys. odwołań, co przeciągnęłoby się na lata. A nam chodzi o to, by uprościć maksymalnie biurokrację.
Na tej samej zasadzie możemy stwierdzić: po co nam dwuinstancyjne sądy?
Ale mamy opinię prawną, że nasza procedura jest zgodna z kodeksem postępowania administracyjnego. I zachowana jest dwuinstancyjność. Oczywiście trzeba będzie pilnować, by rozpatrzenie sprawy było obiektywne, a nie zgodne jedynie z interesem organu wydającego decyzje. Priorytetem jest przyspieszenie i uproszczenie procedur.