- Podziały polaryzujące społeczeństwo budują politycy na zasadzie wzbudzania emocji. Bo gdzie są emocje, nie ma merytorycznego sporu, a racjonalne argumenty nie trafiają do tłumu - uważa Piotr Waglowski, prawnik, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet.
Nie. Robię swoje. To, co zawsze.
Buduję społeczeństwo obywatelskie. Przynajmniej staram się dołożyć do tego procesu swoją cegiełkę.
Tego celu nie da się tam zrealizować, bo na ulicy są emocje. A budowa społeczeństwa obywatelskiego to praca organiczna: edukacja, analiza, publicystyka, czasem performance prawny. To nie jest seksowne i nie wzbudza emocji. Prawdziwe społeczeństwo obywatelskie to takie, które potrafi się m.in. samoorganizować i samofinansować swoją aktywność.
Cieszę się, że obywatele korzystają z praw i wolności, które gwarantuje im konstytucja. Po to mamy prawo do publicznych zgromadzeń i prawo zrzeszania się. Ale nie utożsamiałbym protestów z budowaniem społeczeństwa obywatelskiego.
Ta polaryzacja debaty mnie martwi, ta zasada, że jeśli nie jesteś z nami, to musisz być przeciwko nam. Niektórzy podejrzewają, że skoro nie przyłączam się do entuzjastycznej krytyki rządu, to najpewniej jestem jego wiernym sprzymierzeńcem. Albo że skoro krytycznie odnoszę się do tez głoszonych przez opozycję, to znaczy, że jestem sprzymierzeńcem nowej władzy. Obie tezy są fałszywe. Podziały polaryzujące społeczeństwo budują politycy na zasadzie wzbudzania emocji. Bo gdzie są emocje, nie ma merytorycznego sporu, a racjonalne argumenty nie trafiają do tłumu. A świat jest przecież kolorowy. Nie tylko biało-czarny. Stron demokratycznego sporu, podobnie jak różnych interesów społecznych, jest więcej niż dwie.
To nie bierność. To dystans. Mając doświadczenie zawiązane z ACTA, wiem, że pamięć obywateli bywa krótka, ich zainteresowanie i społeczne zaangażowanie szybko wygasa. Wiem też, że ktoś, kto potrafi wzbudzić emocje, jest w stanie sterować tłumem. I właściwie o to chodzi w polityce. Właściwie w poppolityce opartej na uruchamianiu społecznych emocji. Fakt, że nie stanąłem w tłumie protestujących, nie oznacza, że przestałem być obywatelem. Po prostu dobieram inne narzędzia – według mnie bardziej skuteczne – niż bycie częścią tłumu.
Myślę, że na tym skakaniu podobieństwa między tymi protestami się kończą. Protest przeciwko ACTA był oddolny, spontaniczny, społeczny. Siłą rzeczy też mniej liczny. Chodziło o to, że tworzono prawo w tajemnicy i ponad głowami obywateli. Obywatele to oprotestowali, a uliczne protesty były poprzedzone gigantyczną pracą analityczną. Politykom, którzy chcieli podpiąć się pod ten ruch, uprzejmie dziękowano. Rola organizatora ograniczała się tylko do tego, że zgłaszał w urzędzie demonstrację i miał ze sobą szczekaczkę. Dziś podczas manifestacji widzę, często w pierwszych szeregach, polityków. Tych samych, którzy pełniąc jeszcze niedawno funkcje w administracji rządowej, gubili moje pisma albo odmawiali mi lub innym obywatelom dostępu do informacji publicznej. To paradoks, że w obronie demokracji występują chętnie dziś także ci, którzy chwilę temu, mając do tego pełnię możliwości sprawczych w Rzeczypospolitej, zasady demokracji naruszali.
Uznałbym za nadużycie twierdzenie, że w związku z wyborami i ostatnimi wydarzeniami wokół Trybunału Konstytucyjnego doszło do zamachu na demokrację. W sytuacji, gdy pewne prawa konstytucyjne nie są przestrzegane, ciężko jest mówić, że demokracja w ogóle jest w pełni realizowana. Tyle że tak było przed wyborami i tak jest teraz. Nic się nie zmieniło. Konstytucja jest i była naruszana. Przypomnę tylko, że jeszcze przed wyborami praktycznie wszystkie ugrupowania polityczne przegrały z obywatelami sprawy sądowe o dostęp do informacji o finansowaniu partii politycznych. To przed wyborami pierwszy prezes Sądu Najwyższego przegrał sprawy o dostęp do umów z wydawnictwami prawniczymi. Mógłbym mnożyć przykłady, które pokazują, że obywatel nie jest i nie był w stanie wyegzekwować swoich praw: w tym prawa do sądu, prawa do informacji publicznej, prawa do petycji. I nie jest to związane z aktualną sytuacją polityczną.
Naruszanie prawa do informacji – prawa człowieka – jest mniej ważne niż naruszenie zasady niezawisłości sędziów? A czy nie jest pewnym nadużyciem skandowanie, że trzeba przestrzegać trójpodziału władz, mając na myśli tylko usytuowanie i ochronę władzy sądowniczej? Jakiego trójpodziału władz domagają się protestujący? Takiego, jaki sami sobie wyobrażają? Inne naruszenia trójpodziału im nie przeszkadzają? Nie widzą, że trójpodział władz jest u nas fikcją. I to od dawna. Że władza wykonawcza i ustawodawcza się przenikają?
Nie chcę tego stawiać w takiej opozycji. Na zasadzie: macie za swoje. Zobaczcie, jak to działa, a właściwie nie działa. Nie jestem po żadnej ze stron sporu, lecz zjawiska związane z brakiem wpływu obywateli na państwo obserwuję od dłuższego czasu. Nie od wyborów. Traktuję je jako słabość naszej demokracji. Sytuacja związana z trybunałem jest niepokojąca. Wygląda na to, że uznano, iż dla realizacji celów politycznych niezbędne jest zablokowanie jednego z organów państwa. Kłopot w tym, że po formacji, która dziś rządzi, przyjdzie inna, która wskazując na ten kazus, też będzie usprawiedliwiała nierespektowanie zasad demokratycznego państwa prawnego.
Właśnie. A czy trybunał ma prawo tworzyć własne prywatne media? Powinien zajmować się publicystyką? Czy też jego zadaniem jest badanie zgodności aktów prawnych z konstytucją? Obywatele mają prawo postępować według maksymy, że co nie jest zakazane, jest dozwolone. Ale nie dotyczy to instytucji państwa. Państwo nie korzysta z wolności. Organy władzy mogą działać na podstawie i w granicach prawa. Mówi o tym zasada praworządności i legalizmu wyrażona w art. 7 konstytucji. Informacje o działalności państwa publikuje się – w odpowiedniej procedurze i formacie – przewidzianym przez prawo. Tylko wtedy są one wiarygodne i mają status materiału urzędowego, który jest częścią domeny publicznej, bo nie stanowi utworu w rozumieniu prawa autorskiego.
Nie dość, że uruchomił serwis, to naruszył moje majątkowe prawa autorskie jako obywatela, czerpiąc korzyści z mojego serwisu bez mojej zgody. Aby działały media publiczne – radio czy telewizja – musi być ustawa. Tymczasem „wyszło na to”, że aby funkcjonował serwis TK, nie musi być ustawy, nie musi być nawet rejestracji tytułu prasowego przed uruchomieniem serwisu. A przecież każdy organ ma już medium – działające zgodnie z prawem – czyli oficjalne stronny internetowe urzędów. Po co inne medium?
TK powinien realizować swoje zadania, a więc oceniać zgodność aktów prawnych z konstytucją. Nie ma podstawy prawnej do innej działalności. W przeciwnym razie narusza konstytucyjną zasadę legalizmu i praworządności.
Warto bronić zasad. Wśród nich także tej, zgodnie z którą władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej należy do narodu i naród może ową władzę realizować także bezpośrednio. Warto zwracać uwagę na zasadę legalizmu i praworządności. Te zasady są ustanowione, by bronić obywateli przed samowolą władzy wybieranej w rozlicznych wyborach. Ktokolwiek akurat ją sprawuje.
Sama ścieżka poselska nie stanowi naruszenia przepisów, bo grupa posłów dysponuje inicjatywą ustawodawczą. Poza tym przypomnę, że za czasów poprzedniej władzy też „bajpasowano” legislację, pomijając konsultacje i obowiązek sporządzania ORS. Przed wyborami w kilkanaście godzin zgłaszano, czytano, przyjmowano i ogłaszano ustawy. Także to nie novum. To nie cecha jednej władzy. Natomiast uznaję to za złą praktykę, która nie wspiera demokracji. Prawo powinno przeciwdziałać problemom społecznym, a tych nie da się wydumać w zamkniętym gabinecie. Tu potrzebna jest oparta na analityce publicznej ocena wpływu przepisów – istniejących i proponowanych, a by przygotować taką ocenę, potrzebne jest sięganie po twarde dane i korzystanie z konsultacji publicznych.
Żeby było jasne: ja się nie łudzę, że mam wpływ na kształt prawa. Czy że uczestnicy konsultacji mają taki wpływ. Natomiast zgłaszane w toku konsultacji opinie zostają. Powinny być powszechnie dostępne. Powinny być elementem debaty publicznej. Wiem, że zdecyduje decydent polityczny, czyli większość w parlamencie. Ale każdy, kto bierze udział w konsultacjach, angażuje się, zmusza do opowiedzenia się po którejś ze stron, do wyrobienia sobie zdania w jakiejś sprawie. Dzięki temu obywatel poznaje swoje państwo. To jest wielki plus.
Nie mamy. Bo gdybyśmy mieli, to obywatele doprowadziliby do tego, że ich prawa są respektowane. Ale nawet jak władza nie respektuje moich praw, to się na nią nie obrażam. Mogę ją krytykować, wytykać łamanie zasad, lecz wspieram państwo – niezależnie od tego, kto rządzi – aby np. informatyzować państwo. Jestem i byłem członkiem Rady ds. Cyfryzacji, wspierałem Ministerstwo Gospodarki przy tworzeniu portalu konsultacji publicznych, wspierałem Ministerstwo Sprawiedliwości w procesie udostępniania obywatelom orzeczeń sądowych... Po wyborach nadal mam zamiar tak właśnie działać.
To było wyzwalanie. Performance prawny. W Polsce obowiązuje zasada – jak w pociągach – nie wychylaj się. Nie angażuj się. Nie odchodź od komputera. Nie wstawaj z kanapy. Ja się zaangażowałem. Wystartowałem w wyborach. Nie z partyjnej listy, lecz jako niezależny kandydat, który głosi tezy związane z koniecznością budowy społeczeństwa obywatelskiego. Chciałem też sprawdzić, czy rzeczywiście obywatel ma bierne prawo wyborcze. Czy zwykły człowiek – bez partii i zaplecza – jest w stanie kandydować? Niestety okazało się, że jest bez szans. Choćby włożył w to bardzo wiele wysiłku. Szanse na pokonanie systemu są znikome.
Wiedziałem, jakie mam szanse. Gdyby wygrana była celem, to wybrałbym inne miejsce: takie, w którym miałbym większe szanse. Ale i tak uzyskałem niemal 23 tys. głosów. Uważam, że odniosłem sukces. Empirycznie zobaczyłem, jak działa prawo wyborcze z perspektywy kandydata. Projekt miał charakter poznawczy i edukacyjny. W moim kandydowaniu chodziło też o to, aby pokazać, że można przeprowadzić kampanię w stanie pełnej przejrzystości finansowej. Wiele osób dowodziło, że to trudnie, wręcz nierealne. A ja udowodniłem, że się da. Przy okazji wrzuciłem też do kampanii tematy, które od dawna są dla mnie istotne, a nie pojawiają się w debacie publicznej. Miałem cztery priorytety: dostęp do informacji publicznej, partycypacja obywatelska, ochrona domeny publicznej i lepsza jakość prawa.
Wiem. W trakcie kampanii wyborczej zostałem poproszony o wypełnienie ankiety stworzonej przez Stowarzyszenie art. 61. Nie byłem w stanie jej wypełnić. Autorzy formularza poprosili kandydatów, by odnieśli się w nim do pewnych tez padających w dyskusji publicznej. Próbowali wszystkich jakby wtłoczyć w te ramy. Moje cztery priorytety nie pasowały do szablonu. Zacząłem się wręcz zastanawiać, czemu służy taki formularz.
Na pewno nie chodzi o budowę społeczeństwa obywatelskiego. Tak przygotowany formularz zwiększa polaryzację i utrwala sztuczne podziały społeczne. Zastanawiałem się, czy jest to może narzędzie marketingu politycznego. Według mnie organizacje pozarządowe powinny pełnić przede wszystkim funkcję watchdogów, obserwatorów. Nie wystarczy zatem porównać tezy na „chodzące” w społeczeństwie tematy. Wszak te tematy są często uruchamiane przez siły polityczne jako tematy zastępcze.
Dziś podczas manifestacji widzę, często w pierwszych szeregach, polityków. Tych, którzy pełniąc niedawno funkcje w administracji, gubili moje pisma albo odmawiali mi dostępu do informacji publicznej. To paradoks, że w obronie demokracji występują chętnie dziś także ci, którzy zasady demokracji naruszali
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.