Skomplikował plany samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Sprowokował prezydenta Andrzej Dudę do balansowania na granicy prawa. Nieomal wyeliminował Mariusza Kamińskiego z życia publicznego. Ten sędzia, jak nikt inny w tym roku, utarł nosa politykom. A całemu społeczeństwu uzmysłowił, jak wielka władza spoczywa w rękach każdego z 10 tysięcy prawników noszących togę z fioletowym żabotem.

Wyrok trzech lat pozbawienia wolności dla funkcjonariusza publicznego wywołał szok. Łączewskiemu zarzucano, że wydał go na zamówienie ówczesnej partii rządzącej i że kara była tak drakońska, bo Mariusz Kamiński związany jest z PiS. Sam sędzia przyznawał, że kara do łagodnych nie należy. Dodawał jednak, że niższa lub mniej dolegliwa sankcja wywołałaby wrażenie, iż pewne osoby ze względu na pełnione przez nie funkcje mogą działać poza prawem – a to byłoby bardzo niebezpieczne.

Ostatecznie decyzję o wtrąceniu Kamińskiego za kratki przekreślił prezydencki akt łaski. To jednak tylko pozornie oznacza, że w starciu świata polityki ze światem paragrafów warszawski sędzia poniósł klęskę. Łączewski udowodnił bowiem wszystkim swoim kolegom, że można sądzić w zgodzie z własnym sumieniem, nie oglądając się na polityczne konsekwencje takiego działania. Co więcej, sprowokował obecny obóz rządzący do gry w otwarte karty. Po skazaniu Kamińskiego PiS miał bowiem do wyboru albo zrezygnować ze swoich politycznych celów, albo złamać, a co najmniej nagiąć, kilka zasad prawnych. Wybrał wariant nr 2.

MK